Minister cyfryzacji: Będą próby ingerowania w nasze wybory z zewnątrz. Działania dezinformacyjne mogą się...
– Trzeba się spodziewać tego, że będą próby ingerowania w wybory z zewnątrz i skuteczne przygotowanie do tego jest jednym ze sposobów na to, aby efekty nie były groźne dla naszego państwa – podkreśla minister cyfryzacji Janusz Cieszyński. Zdaniem szefa przywróconego właśnie resortu najskuteczniejszą metodą walki z dezinformacją jest kontrkampania prawdy. Rząd analizuje, jakie są możliwości karania za propagowanie fałszywych informacji.
– Wszystkie działania rządu związane z walką z dezinformacją koordynuje minister Stanisław Żaryn i moim zdaniem wykonuje on bardzo ciężką i ważną pracę. W ramach zespołów, oprócz ekspertów ze służb specjalnych, pracują też eksperci NASK-u, którzy stworzyli duży zespół do monitorowania treści dezinformujących – mówi agencji Newseria Biznes Janusz Cieszyński, minister cyfryzacji, które formalnie zacznie ponownie działać od 1 maja br. – Warto przypomnieć, że stworzyliśmy właśnie za pośrednictwem NASK-u koalicję organizacji pozarządowych, instytucji rządowych, które wspólnie działają na rzecz zwalczania dezinformacji.
Zdaniem ministra temat dezinformacji jest szczególnie istotny w kontekście zaplanowanych na jesień tego roku wyborów parlamentarnych.
– Na pewno trzeba się spodziewać tego, że będą próby ingerowania w nasze wybory z zewnątrz. Skuteczne przygotowanie do tego jest jednym ze sposobów, aby efekty nie były groźne dla naszego państwa. Trzeba przekazywać konkretne fakty, mówić prawdę, pokazywać, jak świat wygląda i wtedy ci, którzy mogliby paść ofiarą tej dezinformacji, po prostu będą mieli wiarygodne źródło, z którego będą mogli skorzystać – przekonuje Janusz Cieszyński.
Kilka miesięcy temu Jewgienij Prigożyn, prezes Grupy Wagnera poinformował, że Rosja ingerowała w ostatnie wybory prezydenckie w USA przed trzema laty. Z kolei Microsoft ujawnił próby ingerencji rosyjskich hakerów w wybory do Kongresu USA w 2018 roku.
W marcu pełnomocnik rządu ds. bezpieczeństwa w przestrzeni informacyjnej RP, sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Stanisław Żaryn poinformował, że rozważane są możliwości wprowadzenia odpowiedzialności karnej za fałszywe działania informacyjne. Zgodnie z zapowiedziami założenia maja być gotowe do najbliższych wakacji. Z kolei posłowie PIS w połowie kwietnia wnieśli do Sejmu projekt zmian w Kodeksie karnym dotyczący kar za szpiegostwo, ale także za działania dezinformacyjne prowadzone na rzecz obcego wywiadu. Zgodnie z propozycją ma za nie grozić co najmniej 8 lat pozbawienia wolności, jeśli celem dezinformacji jest wywołanie poważnych zakłóceń w ustroju lub gospodarce Polski lub innych krajów albo skłonienie władz Polski lub innego kraju do określonych czynności czy ich zaniechania.
Przeciwdziałanie szerzeniu nielegalnych treści jest także jednym z celów aktu o usługach cyfrowych (Digital Services Act – DSA), przyjętego niedawno przez instytucje unijne. Pod koniec marca br. senatorowie zaapelowali w swojej uchwale m.in. pilne wdrożenie tego rozporządzenia UE, w tym powołanie koordynatora do spraw usług cyfrowych w konsultacji ze środowiskami obywatelskimi i parlamentarnymi, zwiększenie kompetencji kontrolnych Państwowej Komisji Wyborczej, szczególnie w zakresie kontroli finansowania kampanii wyborczych oraz reklam politycznych w internecie, a także powołanie przez parlament zespołów eksperckich w celu monitorowania przebiegu kampanii wyborczej pod kątem zagrożeń dezinformacją.
Ważny wątek w rozmowie o bezpieczeństwie w sieci stanowi rola mediów społecznościowych w szerzeniu dezinformacji.
– Regulacja dużych platform to jest coś, czym warto się zajmować na co najmniej poziomie Unii Europejskiej. Komisarz Thierry Breton ogłosił właśnie listę platform, które będą uznane za te bardzo duże platformy. To między innymi Twitter. Będzie on podlegał szczególnemu reżimowi, jeżeli chodzi o moderację treści i ujawnianie pewnych sekretów swojego działania, między innymi tego, jakich algorytmów platforma używa. Myślę, że to był nieunikniony kierunek – podkreśla Janusz Cieszyński.
Jak przyznaje, drastyczny sposób regulowania funkcjonowania mediów społecznościowych może być jednak zbyt daleko idącym krokiem,
– Taka kwestia jak wojna w Ukrainie to był dobry przykład tego, kiedy warto stosować bardziej radykalne metody, natomiast myślę, że na co dzień to raczej prowadzi do złego. Wystarczy się choćby zapoznać z tym, co ujawniono w sprawie tego, co się działo na Twitterze w sposób nietransparentny, niejasny dla opinii publicznej w trakcie pandemii. Myślę, że to pokazało, że takie ręczne sterowanie, którego skutki i zasady nie są publicznie znane, to jest coś bardzo złego. Tak że tutaj nie ma prostych odpowiedzi, a najskuteczniejszą szczepionką na kłamstwo jest po prostu prawda – mówi minister cyfryzacji.
Dużo wątpliwości w kontekście szczelności i bezpieczeństwa danych rodzi się też wobec niektórych aplikacji mobilnych, zwłaszcza tych chińskiego pochodzenia, jak Tik Tok. Gubernator amerykańskiego stanu Montana Greg Gianforte chce wprowadzić na podległym sobie terenie zakaz pobierania tej aplikacji. Projekt ustawy zakłada karę grzywny w wysokości 10 tys. dolarów dziennie, której podlegałby podmiot umożliwiający pobieranie. Natomiast rząd federalny USA zabronił już urzędnikom korzystania z TikToka na telefonach służbowych. Usunięcie z takich urządzeń aplikacji zaleca też swoim urzędnikom Komisja Europejska, ale także Francja, Indie, Nowa Zelandia, Estonia, Wielka Brytania czy Kanada.
– Obserwujemy teraz geopolityczne starcie pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami, a jednym z elementów tego jest właśnie kwestia TikToka. Myślę, że jako Polska powinniśmy się skupić na sprawach technicznych, oceniać pod kątem technologii, a nie być częścią takiej debaty politycznej, chyba że będzie to w naszym interesie – mówi Janusz Cieszyński. – Według mojej wiedzy nie ma jakichkolwiek technicznych dowodów na to, że te aplikacje są w stanie przedostawać się poza własny ekosystem. Jeżeli takie dowody by się pojawiły, to bez wątpienia należy od razu ujawnić je opinii publicznej, ponieważ to może być istotny czynnik dla społeczeństwa przy wyborze konkretnych rozwiązań czy aplikacji, którymi się posługują.
Rachunki przedsiębiorstw za energię z sieci będą rosły. Dlatego wiele z nich już myśli...
Krzem, złoto i miedź mogą posłużyć do walki z rozprzestrzenianiem się koronawirusów. Naukowcy dowiedli...
Filtry pokryte złotem, miedzią lub krzemem mogą usprawnić działanie oczyszczaczy powietrza tak, by skuteczniej blokowały rozprzestrzenianie się koronawirusa. Naukowcy z Curtin University w Australii dowiedli, że pierwiastki te mogą skutecznie wychwytywać i przez reakcje chemiczne blokować białko kolca i wnikanie wirusa do komórek. Z kolei oddziaływanie prądem elektrycznym na uwięzione między tymi materiałami białko może skutecznie dezaktywować patogen, zapobiegając procesowi zakażania.
– Odkryliśmy, że białka kolca na powierzchni wirusa reagują z pewnego rodzaju powierzchniami, a z innymi nie. Dzieje się tak dlatego, że w przypadku pewnego rodzaju powierzchni występuje powinowactwo z określonymi wiązaniami białka. Stwierdziliśmy, że białko kolca reaguje i tworzy silne wiązania ze złotem i platyną, a także z miedzią i krzemem. Wirus, a raczej białko kolca, nie reaguje ze stalą nierdzewną ani tworzywami sztucznymi – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria Innowacje dr Nadim Darwish ze School of Molecular and Life Sciences w Curtin University.
W praktyce oznacza to, że białka kolca wirusa SARS-CoV-2 zostają uwięzione, gdy wchodzą w kontakt z krzemem, złotem i miedzią. Otwiera to drogę do opracowania nowej broni przeciwko koronawirusowi odpowiedzialnemu za pandemię COVID-19. Dodatkowo w trakcie badań australijskich naukowców okazało się, że przez białko może przepływać prąd, dzięki czemu można wykryć wirusa za pomocą impulsów elektrycznych. To odkrycie mogłoby posłużyć do opracowania bardziej czułych i dokładnych, natychmiastowych testów na obecność COVID-19. Co więcej, badacze odkryli, że za pomocą impulsów elektrycznych można także zniszczyć wirusa.
– Złoto, platyna i krzem przewodzą prąd elektryczny, więc można podłączyć białko pomiędzy dwoma materiałami, dwoma elektrodami ze złota, umieszczając białko w środku, a następnie przyłożyć napięcie między dwoma elementami ze złota i zmierzyć prąd przechodzący przez białko. Jeżeli jesteśmy w stanie zmienić strukturę białka za pomocą prądu elektrycznego, być może moglibyśmy sprawić, że białko kolca stanie się nierozpoznawalne dla komórek. W ten sposób pozbawilibyśmy białko zdolności wnikania do komórek. Ten nowy aspekt oznacza, że nie tylko możemy tworzyć powierzchnie czy materiały, które wychwytują wirusa i z nim reagują, ale także mamy możliwość przyłożenia pola elektrycznego, które pozbawi wirusa możliwości zakażania – wyjaśnia dr Nadim Darwish.
Wyniki badania będzie można wykorzystać do udoskonalenia filtrów powietrza na przykład w oczyszczaczach. Dzięki temu dużo łatwiej byłoby kontrolować rozprzestrzenianie się patogenu w pomieszczeniach, takich jak sale chorych w szpitalach czy przychodnie lekarskie. Zastosowanie materiałów zawierających pierwiastki blokujące wirusa może być jednak dużo szersze.
– Obecnie w branży stosuje się materiały z mikroporami, przez które przechodzi powietrze skażone wirusem, a filtr działa jak fizyczna blokada, jak siatka z bardzo małymi oczkami, przez które cząsteczki wirusa nie mogą się przedostać. Wyniki naszego badania można wykorzystać do opracowania filtrów, które chemicznie dezaktywują wirusa, zamiast blokować go fizycznie. Oprócz tego można je wykorzystać do wytwarzania powłok pokrywających stoły, ławki czy ściany, na przykład w szpitalach, gdzie prawdopodobieństwo zakażenia jest bardzo duże. W przeszłości stosowano miedź w szpitalach, szczególnie w łóżkach i ławkach. Później to zarzucono ze względu na to, że jest to materiał droższy od innych obecnie stosowanych, na przykład stali. Teraz może nastąpić powrót do stosowania miedzi, szczególnie w miejscach, gdzie prawdopodobieństwo zakażenia jest wysokie – uważa naukowiec.
Z danych Światowej Organizacji Zdrowia wynika, że dotychczas na całym świecie potwierdzonych zostało niemal 770 mln zakażeń koronawirusem. W wyniku choroby COVID-19 zmarło już prawie 7 mln ludzi. Jak podkreślają naukowcy z Curtin University, wyniki badania mogą posłużyć nie tylko w walce z SARS-CoV-2, lecz także innymi koronawirusami.
– Koronawirusy należą do grupy wirusów RNA, które wywołują choroby u ptaków i ssaków. Mają one kształt kulisty i wypustki typowe dla koronawirusów, które nazywamy białkami kolca. Za ich pomocą wirus wiąże się z receptorem komórkowym: zaczepia się o komórkę człowieka i powoduje zakażenie. Białka kolca są więc ważną częścią wirusa i służą przeniknięciu do komórek. Po zaczepieniu się o błonę komórkową wirus wprowadza swój genom, czyli informacje genetyczne. Z wykorzystaniem mechanizmu komórkowego dochodzi do replikacji, do zakażenia i namnażania się wirusa w naszym organizmie – wyjaśnia dr Nadim Darwish.
Rzetelność informacji podawanych przez producentów mleka modyfikowanego pod lupą badaczy. Wiele z nich nie...
Tylko jedna czwarta zamieszczanych na opakowaniach informacji o dobroczynnym wpływie mlek modyfikowanych m.in. na rozwój mózgu czy układu odpornościowego odnosi się do naukowych dowodów, np. badań klinicznych – wykazało międzynarodowe badanie przeprowadzone w 15 krajach. Nawet jeśli mają takie odniesienia, to często się okazywało, że badania te są obarczone ryzykiem błędu statystycznego lub też ich bezstronność budzi wątpliwości. Choć badacze nie negują konieczności wprowadzania do diety mleka modyfikowanego w przypadkach uzasadnionych medycznie, to nierzetelne informacje uznają za chwyt marketingowy skierowany do podatnej grupy odbiorców, jaką są mamy niemowlaków.
Naukowcy z różnych krajów, również z Uniwersytetu Wrocławskiego, w latach 2020–2022 przeprowadzili badanie wiarygodności naukowej marketingu sztucznego mleka dla dzieci. Analizie poddano produkty sprzedawane w 15 krajach, m.in. w Australii, Kanadzie, Niemczech, Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych, Japonii, Nigerii, Rosji, Pakistanie i Norwegii. Obejmowała ona wszystkie oświadczenia zdrowotne i żywieniowe, które łączyły produkt lub składnik produktu z potencjalnie korzystnym wpływem na normalne funkcjonowanie, wzrost i rozwój lub zdrowie konsumentów.
– Korzystaliśmy z publicznie dostępnych stron internetowych, które zostały założone przez podmioty z branży i zawierały informacje na temat ich produktu, czyli mleka dla niemowląt. Każdy ze współpracowników z poszczególnych krajów zbierał dane dotyczące deklaracji zdrowotnych i żywieniowych odnoszących się do mleka dla niemowląt, a także składników, których dotyczą te deklaracje oraz odniesienia do literatury naukowej, która służyła na poparcie deklaracji – informuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr Daniel Munblit, docent pediatrii i wykładowca w Imperial College London, jeden z autorów badania.
W ten sposób zweryfikowanych zostało niemal 760 produktów dla niemowląt, z czego ponad 600 zawierało co najmniej jedno oświadczenie żywieniowe i zdrowotne. Najczęstsze spotykane rodzaje oświadczeń dotyczyły wspomagania rozwoju mózgu, oczu i układu nerwowego, a także systemu immunologicznego. W zaledwie jednej czwartej przypadków (161 produktów) wskazano naukowe odniesienie na poparcie oświadczenia.
– Zaobserwowaliśmy, że większość deklaracji nie ma poparcia naukowego. W większości przypadków podmioty z branży nie odwoływały się do żadnych dowodów naukowych – mówi dr Daniel Munblit. – Mamy na przykład do czynienia z deklaracją, że dane mleko dla niemowląt wspomaga rozwój układu odpornościowego, mózgu i rozwój poznawczy. Najczęściej te deklaracje nie zawierają odniesień do danych naukowych na poparcie takich stwierdzeń, a jeśli takie potwierdzenie się znajdzie, zazwyczaj odnosi się do badań klinicznych o dużym ryzyku błędu. Bardzo często deklaracje odwołują się do dowodów niskiej jakości lub wcale ich nie zawierają.
Badania kliniczne były poparciem dla informacji na opakowaniu w 56 proc. z tych 161 przypadków. Tylko 14 proc. z nich dotyczyło badań prospektywnych. Jednak aż 90 proc. było obarczonych dużym ryzykiem błędu statystycznego. Ponadto w 88 proc. przypadków autorzy badań byli opłacani przez sektor farmaceutyczny lub sami byli ich przedstawicielami.
– W żadnym razie nie jesteśmy przeciwnikami preparatów takich jak mleko dla niemowląt. Nie twierdzimy, że są one złe. Są dzieci, których matki nie mogą karmić piersią, i potrzebują modyfikowanego mleka. Z drugiej strony jesteśmy zdecydowanie przeciwko marketingowi opartemu na wprowadzających w błąd deklaracjach i marketingowi skupionemu w dużym stopniu na populacjach szczególnie na niego podatnych. Matki, które urodziły swoje pierwsze dziecko, są właśnie taką grupą: nie mają odpowiedniego doświadczenia i mogą bardzo łatwo ulegać wpływom. Biorąc pod uwagę nasze wyniki w połączeniu z serią artykułów poświęconych karmieniu piersią opublikowanych w „The Lancet” i raportami WHO, które zostały przedstawione w zeszłym roku, możemy mówić o ogólnoświatowej skali zjawiska – twierdzi naukowiec z Imperial College London.
Światowa Organizacja Zdrowia zwróciła uwagę w szczególności na produkty reklamowane jako hipoalergiczne lub organiczne i produkowane z mleka owczego lub koziego. Producenci niezgodnie z prawdą reklamowali swoje produkty m.in. jako bardzo podobne do mleka matki. Zarówno takie działania, jak i te, które wykazało międzynarodowe badanie, są niezgodne z założeniami Międzynarodowego Kodeksu Marketingu Produktów Zastępujących Mleko Kobiece WHO z 1981 roku.
– Nasza praca stanowi uzupełnienie badań dotyczących karmienia piersią, wydanych w czasopiśmie „The Lancet”, które opublikowano tydzień przed wydaniem naszego artykułu w „British Medical Journal”. Moim zdaniem mleko dla dzieci powinno być dostępne w opakowaniach, które nie zawierają deklaracji zdrowotnych i żywieniowych, ponieważ rodzice nie mają czasu, żeby zapoznać się ze wszystkimi stosownymi i dostępnymi dowodami na potwierdzenie takich deklaracji. Nie mają również czasu na szukanie wszystkich stosownych informacji, więc nie mogą dokonać świadomego wyboru – uważa dr Daniel Munblit.
Według analityków Global Market Insights światowy rynek preparatów mlekozastępczych przeznaczonych do żywienia niemowląt zamknął ubiegły rok z przychodami sięgającymi 73 mld dol. Do 2032 roku wycena rynku wzrośnie do 184 mld dol.
UE z ambitnymi celami na 2030 rok dotyczącymi zielonego wodoru. Problem w tym, że...
Zielona transformacja ciepłownictwa przyspiesza. PGE prowadzi i planuje w tym zakresie prawie 30 inwestycji
Polskie ciepłownictwo będzie stopniowo przechodzić na zieloną energię. Długoletni i wymagający dużych nakładów proces transformacji jest konieczny, bo ma się przyczynić do znaczącej redukcji emisji CO2, zapewniając przy tym poprawę jakości powietrza i umożliwiając dostarczanie mieszkańcom ekologicznego ciepła po rozsądnej cenie. PGE Energia Ciepła prowadzi w tym zakresie 12 inwestycji, a w planach jest kolejnych 15, które mają na celu większe wykorzystanie odnawialnych źródeł i nowoczesnych, niskoemisyjnych technologii.
– Jesteśmy największym w Polsce producentem ciepła dla gospodarstw domowych, więc spoczywa na nas duża odpowiedzialność – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.
Spółka podkreśla, że jest liderem w zielonej transformacji ciepłownictwa i dąży do wytwarzania energii i ciepła w jak największym stopniu z czystych źródeł.
– Segment ciepłownictwa w PGE bardzo szybko się rozwija i zmienia w kierunku niskoemisyjności. Dywersyfikujemy źródła wytwarzania i inwestujemy w OZE, żeby zapewnić jak najwięcej energii z czystych źródeł, a jednocześnie bezpieczeństwo i komfort odbiorcom ciepła. Już teraz w naszych zasobach pracują kotły elektrodowe czy biomasowe, pozyskujemy ciepło z odpadów i planujemy budowę farm fotowoltaicznych w naszych ciepłowniach – mówi Wojciech Dąbrowski.
Jako paliwo alternatywne dla węgla i gazu ziemnego PGE EC wykorzystuje obecnie przede wszystkim biomasę, która jest jedynym paliwem w elektrociepłowni Szczecin i częścią miksu paliwowego w elektrociepłowni w Kielcach. Spółka przetwarza też odpady komunalne w Instalacji Termicznego Przetwarzania z Odzyskiem Energii w Rzeszowie, gdzie buduje II linię technologiczną. Po zakończeniu tej inwestycji będzie w stanie przetwarzać do 180 tys. t odpadów rocznie, a odzyskiwanie energii elektrycznej i cieplnej z odpadów poprawi efektywność lokalnego systemu gospodarowania nimi.
W Toruniu spółka wykorzystuje z kolei potencjał energii geotermalnej, a w elektrociepłowni w Gdańsku wprowadziła zasilane energią elektryczną kotły elektrodowe o mocy 130 MW, które znacząco wpływają na zmniejszenie zużycia węgla i emisji CO2. Był to pierwszy taki projekt w Polsce. Między grudniem 2022 roku a marcem 2023 roku kotły elektrodowe, pracując na potrzeby bilansowania krajowego systemu elektroenergetycznego, wyprodukowały prawie 7000 GJ „zielonego ciepła”.
– Już dziś możemy zapewnić, że od 2024 roku przestaniemy produkować ciepło z węgla w oddziałach PGE Energia Ciepła w Lublinie, Rzeszowie, Zgierzu i Gorzowie Wielkopolskim. Uruchomimy też budowaną od podstaw Elektrociepłownię Czechnica, która będzie pracować na rzecz mieszkańców Wrocławia – zapowiada prezes zarządu PGE.
Nowoczesna jednostka będzie zasilana niskoemisyjnym gazem, a jej uruchomienie umożliwi zastąpienie w 2024 roku działającej w Siechnicach koło Wrocławia elektrociepłowni węglowej. To projekt o kluczowym znaczeniu dla całej aglomeracji wrocławskiej.
PGE EC rozwija również projekty związane z wykorzystaniem kolektorów słonecznych. Jej pierwszą inwestycją w fotowoltaikę będzie projekt w elektrociepłowni w Rzeszowie, który docelowo zakłada budowę farm fotowoltaicznych. Energia w nich produkowana będzie wykorzystana do zaspokojenia potrzeb własnych obiektów i urządzeń wytwórczych. Dzięki temu zmniejszy się zapotrzebowanie na energię elektryczną dostarczaną ze źródeł kogeneracyjnych i zwiększy się efektywność produkcji, co przyniesie też wymierne korzyści dla środowiska.
– Ogółem w fazie realizacji i planów PGE Energia Ciepła jest w tej chwili około 30 inwestycji, które w ciągu najbliższych lat trwale zmienią oblicze polskiego ciepłownictwa – podkreśla Wojciech Dąbrowski.
Należąca do grupy spółka PGE Energia Ciepła posiada sieci ciepłownicze o długości 700 km i ma swoje elektrociepłownie w 15 miastach w Polsce, w tym m.in. Krakowie, Wrocławiu, Gdańsku i Rzeszowie. W sumie zapewnia dostawy ciepła dla ponad 2 mln odbiorców, a w ubiegłym roku wyprodukowała 50 610 TJ ciepła dla gospodarstw domowych, najwięcej ze wszystkich podmiotów działających w branży ciepłowniczej. Jest również największym w Polsce producentem energii elektrycznej i ciepła wytwarzanych w procesie wysokosprawnej kogeneracji, z ok. 25-proc. udziałem w tym rynku.
Niska świadomość szarej strefy wśród graczy w Polsce. Prawie 80 proc. gra w nielegalnych...
W walce z szarą strefą na rynku gier hazardowych w Polsce nie pomaga niska świadomość wśród samych graczy. 79 proc. z nich przyznaje, że korzysta z usług działających nielegalnie kasyn online – wynika z badania przeprowadzonego dla Stowarzyszenia Graj Legalnie. Chociaż jest to odsetek nieco niższy niż w poprzednim badaniu z 2020 roku, wciąż jest on niepokojąco wysoki i sprzyja rekordowym obrotom nielegalnej części rynku. To z kolei ma znaczące konsekwencje dla budżetu państwa i gospodarki.
– Obecnie w Polsce mamy jedno internetowe kasyno zarządzane przez monopolistę, czyli Totalizator Sportowy. Należy jednak pamiętać, że istnieje co najmniej kilkadziesiąt kasyn na licencjach „offshore”, które działają nielegalnie i nie są regulowane polskim prawem – mówi Paweł Sikora, prezes Stowarzyszenia Graj Legalnie, które działa na rzecz likwidacji szarej strefy na rynku hazardowym.
Raport firmy badawczej CXstream przygotowany dla stowarzyszenia wskazuje, że o takiej strukturze rynku nie wiedzą sami zainteresowani, czyli osoby korzystające z usług kasyn online. 64 proc. z nich zadeklarowało, że nie ma świadomości, że Total Casino jest jedynym legalnym kasynem w Polsce. W nielegalnych kasynach online gra z kolei blisko 79 proc. badanych graczy. W porównaniu do 2020 roku to o 6 pkt proc. mniej, ale wciąż znacząca większość. Tym bardziej że aż 64 proc. ogółu graczy przyznaje, że zupełnie pomija krajowego monopolistę i gra wyłącznie w nielegalnych serwisach. W tej grupie dominują osoby w przedziale wiekowym 35–44 lata – wśród nich 81 proc. graczy przyznaje, że gra wyłącznie nielegalnie. Także wśród kobiet ten odsetek jest nieco wyższy niż wśród mężczyzn (70 proc. vs. 60 proc.).
– Co 10. osoba korzystająca wyłącznie z nielegalnych usług kasyna w internecie przyznała, że miała świadomość, że robi to u operatora bez polskiej licencji. Odsetek ten wzrasta w przypadku osób, które korzystały zarówno z legalnych, jak i nielegalnych operatorów, i wynosi 30 proc. – podkreśla Paweł Sikora.
Tak niska świadomość graczy sprzyja rozwojowi szarej strefy na rynku kasyn online. W 2021 roku – jak szacują eksperci EY Polska w raporcie przygotowanym na zlecenie Stowarzyszenia Graj Legalnie – jej wartość wyniosła ponad 20 mld zł. Wartość obrotów na całym rynku kasyn sięgnęła 43,4 mld zł, co oznacza, że nielegalni operatorzy odpowiadają za mniej więcej połowę. Ich przychody netto (czyli różnica między przychodami ze sprzedaży gier hazardowych i wypłaconymi wygranymi) wyniosły 806 mln zł.
– Brak rejestracji transakcji przez nielegalnych operatorów kasyn online pozwala im uniknąć opodatkowania i w ten sposób uzyskać korzyści finansowe, ze szkodą dla sektora finansów publicznych oraz legalnie działających podmiotów, które są narażone na nieuczciwą konkurencję. Co więcej, najczęściej to podmioty zagraniczne oferują polskim graczom nielegalne gry kasynowe online, co utrudnia ich efektywne sankcjonowanie przez regulatorów w Polsce oraz prowadzi do transferu środków od polskich graczy za granicę – podkreśla prezes Stowarzyszenia Graj Legalnie.
Dlatego legalna część branży apeluje o zniesienie monopolu państwa na rynku kasyn online i wprowadzenie licencji na taką działalność dla prywatnych podmiotów.
– W większości krajów Unii Europejskiej prawodawcy umożliwiają miejscowym bukmacherom prowadzenie kasyn online. W naszej ocenie to najbardziej korzystny model funkcjonowania rynku. Efektem takich działań w Polsce powinno być istotne ograniczenie szarej strefy. Zgodnie z analizą EY Polska wartość przychodów netto w szarej strefie może spaść o 540 mln zł, czyli 67 proc. Dochody z podatku od gier wzrosłyby o 270 mln zł. To jedyne słuszne rozwiązanie – ocenia Paweł Sikora.
Kasyna online są coraz istotniejszą częścią rynku kasyn i automatów do gier. W latach 2018–2021 wzrósł z 0,6 proc. do 49,4 proc., podczas gdy w UE w tym samym czasie wzrósł z 6,1 proc. do 29,4 proc. Jedyne legalne kasyno online notowało w ostatnich latach 100-proc. wzrosty rok do roku.
– Respondenci jako najważniejszą motywację do grania w gry kasynowe online wskazują chęć zarobienia pieniędzy. Na dalszych miejscach znalazły się poszukiwanie wrażeń, chęć przyjemnego spędzania czasu w pojedynkę oraz przełamanie monotonii i rutyny. Ponadto bardzo ważnym aspektem definiującym atrakcyjność gier kasynowych, szczególnie wśród osób korzystających z legalnych serwisów, jest możliwość wygrania pieniędzy. Na dalszych miejscach znalazły się takie cechy jak różnorodność gier, szybkość rozgrywki oraz możliwość zagrania w dowolnym czasie – wymienia prezes Stowarzyszenia Graj Legalnie.
Sztuczna inteligencja i innowacyjne technologie coraz bardziej zmieniają medycynę. Polskie start-upy odnoszą na tym...
W ostatnich latach nastąpił gwałtowny wzrost zainteresowania rozwiązaniami medycznymi opartymi na sztucznej inteligencji, telemedycynie i innowacyjnych technologiach. Specjalistyczne urządzenia połączone z aplikacjami są wykorzystywane m.in. do walki z nowotworami, niepłodnością, zaburzeniami oddychania czy urazami okołoporodowymi, co odzwierciedla tegoroczna, trzecia edycja konkursu Huawei Startup Challenge. Zgłosiło się do niej prawie 170 polskich start-upów, które tworzą innowacje i wykorzystują nowe technologie na rzecz ochrony zdrowia. Jury wyłoniło właśnie trójkę najlepszych, które dostały szansę, aby zaistnieć ze swoją innowacyjną działalnością w obszarze medtech na jednej z największych start-upowych scen w Europie Środkowo-Wschodniej oraz dotrzeć do potencjalnych inwestorów.
– Technologie w istotny sposób zmieniają medycynę. Zwłaszcza w czasie pandemii COVID-19 mogliśmy zauważyć ogromny wzrost zastosowania cyfrowych technologii w tym obszarze. Konsultacje na odległość czy wdrożona w Polsce z sukcesem e-recepta mogły zadziałać zdalnie właśnie dzięki cyfryzacji – mówi agencji Newseria Biznes Ryszard Hordyński, dyrektor ds. strategii i komunikacji Huawei Polska.
Z ubiegłorocznego raportu „Top Disruptors in Healthcare”, opracowanego m.in. przez Polską Federację Szpitali i Koalicję AI w zdrowiu pod patronatem PARP, wynika, że start-upy z sektora medtech stanowią 13 proc. takich podmiotów na polskim rynku i inwestuje w nie coraz więcej firm. Autorzy raportu zidentyfikowali w sumie ok. 380 takich spółek, spośród których najwięcej działa w obszarze onkologii i kardiologii. Statystyki z raportu pokazują też, że w ostatnich latach nastąpił gwałtowny wzrost zainteresowania rozwiązaniami medycznymi opartymi na AI/machine learningu – prawie połowa badanych start-upów zadeklarowała, że na nich opiera swoje rozwiązania. Dalej znalazła się też telemedycyna, rozwój urządzeń medycznych i samodzielnych aplikacji IT.
– Nowe technologie mogą zdecydowanie zmienić system opieki zdrowotnej, będą ułatwiać proces diagnostyczny i leczniczy. Przede wszystkim one zwiększają możliwości analizy danych, które dzisiaj w większości są bardzo trudne do obróbki ręcznej przez lekarzy, pielęgniarki i personel medyczny. A nowe technologie mogą spowodować, że wszystkie te dane, których gromadzimy coraz więcej, będą analizowane i oceniane w zupełnie inny, nowy sposób – mówi dr hab. n. med. Wojciech Kukwa, współzałożyciel start-upu Clebre.
Rozwój technologiczny w medycynie odzwierciedla tegoroczna, trzecia edycja konkursu Huawei Startup Challenge. Zgłosiło się do niej prawie 170 polskich start-upów, które tworzą innowacje i wykorzystują nowe technologie na rzecz ochrony zdrowia.
– Idea Huawei Startup Challenge jest dość prosta. Jesteśmy na tutejszym rynku od 20 lat i staramy się tu wspierać innowacyjne pomysły i technologie. Staramy się też, żeby Polska mogła uczestniczyć w globalnym wyścigu technologicznym – mówi Ryszard Hordyński.
Huawei Startup Challenge to program wsparcia młodych innowatorów i start-upów pozytywnego wpływu, które tworzą technologie na rzecz realizacji celów zrównoważonego rozwoju wyznaczonych przez ONZ. Trzecia edycja tego konkursu, organizowana we współpracy ze Startup Academy, skupia się właśnie na zdrowiu i innowacjach medycznych. Dzięki niej młode przedsiębiorstwa mają szansę zaistnieć ze swoją innowacyjną działalnością w obszarze medtech na jednej z największych start-upowych scen w Europie Środkowo-Wschodniej oraz dotrzeć do potencjalnych inwestorów.
– Start-upy dostają całą gamę narzędzi promocji, są w stanie się zaprezentować przed bardzo szacownym gronem. To stwarza im dużą szansę na dalszy wzrost – mówi dyrektor ds. strategii i komunikacji Huawei Polska. – Tegoroczną edycję oceniamy jako niezwykle udaną. Zgłosiło się sporo twórców innowacyjnych rozwiązań, z których trzy najlepsze nagradzamy. Mam nadzieję, że w przyszłości te pomysły zostaną wdrożone na szeroką skalę i będą skutecznie wspierać szeroko pojęty obszar ochrony zdrowia.
Wśród start-upów, które zgłosiły się do tegorocznej edycji Huawei Startup Challenge, ponad 40 proc. zaprojektowało nowatorskie aplikacje mobilne, a 5 proc. stworzyło wearables, czyli ubieralne urządzenia monitorujące pracę organizmu. Wiele firm zdecydowało się też podjąć tematykę zdrowia psychicznego – technologie związane z leczeniem depresji, zaburzeń lękowych albo oferujące pomoc w kryzysie psychicznym stanowiły 9 proc. zgłoszeń.
Jury wyłoniło spośród ich wszystkich 10 finalistów, którzy w trakcie kilkumiesięcznego programu usprawniali strategie rozwoju swoich biznesów i konfrontowali swoje nowatorskie idee z mentorami, starając się przekonać ekspertów do swoich pomysłów.
– Udział w konkursie Huawei Startup Challenge to dla nas przede wszystkim duża mobilizacja, możliwość zaprezentowania naszego rozwiązania szerszemu gronu i poznania wielu innych, ciekawych rozwiązań – mówi Maciej Migacz, prezes Clebre.
To właśnie ta spółka zdobyła w tegorocznej edycji konkursu pierwsze miejsce i nagrodę główną w wysokości 100 tys. zł. Clebre to osobisty system do diagnostyki i terapii zaburzeń snu i oddychania. Bazuje na czujniku przyklejonym do szyi, który zbiera dane dotyczące oddychania i zachowań w trakcie snu.
– Nasz system opiera się na małym urządzeniu, które pacjent może mieć w domu i samemu monitorować swój sen. Czujnik przykleja się do szyi specjalnym plastrem medycznym i to urządzenie monitoruje przez noc wiele parametrów odpowiadających za sen i oddychanie. Dzięki temu możemy badać je w dłuższym okresie, w warunkach domowych, w sposób bardziej spersonalizowany – mówi dr hab. n. med. Wojciech Kukwa.
– W dużym skrócie chodzi o to, że bezdechy senne są przewlekłym problemem, który występuje u różnych ludzi, ma różną postać i w związku z tym musi być leczony w różny sposób. Nie ma jednego przepisu na to, żeby pozbyć się tych bezdechów, co oczywiście prowadzi nas do różnych sposobów leczenia. I nasz system Clebre jest rozwiązaniem, które pomaga nawigować w tym procesie leczenia – dodaje prezes spółki Maciej Migacz. – Udział w Huawei Startup Challenge i główna nagroda pomogą nam między innymi w zwiększeniu rozpoznawalności tego rozwiązania, żebyśmy mogli przyciągnąć do siebie więcej osób, które cierpią z powodu bezdechów, i żebyśmy mogli je skutecznie leczyć.
Drugie miejsce w konkursie i nagrodę w wysokości 60 tys. zł zdobył startup Oasis Diagnostics, który zaprojektował wyrób medyczny ONIRY, przeznaczony do diagnostyki urazów okołoporodowych. Urządzenie jest wspomagane algorytmami uczenia maszynowego, dzięki czemu możliwe jest nie tylko przebadanie pacjenta i interpretacja wyniku, ale i gromadzenie danych w celach terapeutycznych i naukowych.
Na trzecim miejscu uplasował się PioLigOn z pierwszym na świecie algorytmem komputerowym do szybkiego projektowania nienaturalnych peptydów, które służą tworzeniu nowych leków na choroby rzadkie. Spółka, która według jury reprezentuje całkowicie nowe podejście obliczeniowe do projektowania leków, dostała na rozwój swojego rozwiązania 40 tys. zł. Natomiast nagrodę publiczności, przyznaną głosami widzów, otrzymał start-up Uhura Bionics, który stworzył protezę sztucznej, elektronicznej krtani dla osób pozbawionych strun głosowych.
Powstał pierwszy samowystarczalny energetycznie dom do indywidualnej konfiguracji. Ma solarny dach i fasadę
Uniwersalny dom, który można skonfigurować tak, żeby odpowiadał indywidualnym potrzebom, a przy tym nowoczesny, naszpikowany inteligentnymi rozwiązaniami i mieszczący się w budżecie przyjętym przez inwestora – taki budynek zaprojektował architekt Daniel Cieślik i jego pracownia ANTA Architekci. Dzięki dachowi fotowoltaicznemu, fasadzie lub carportowi budynek jest w pełni samowystarczalny energetycznie, co znacznie obniża koszty jego eksploatacji. – Dachy solarne są alternatywą nie tylko dla paneli fotowoltaicznych, ale dla dachów w ogóle. Takie zintegrowane rozwiązanie to jest po prostu kolejny krok w ewolucji fotowoltaiki – mówi Lech Kaniuk, współzałożyciel i prezes współpracującej przy projekcie firmy SunRoof.
– Idea Domu Zmiennego jest taka, żeby był on alternatywą dla dużych mieszkań, około 100-metrowych apartamentów, i stał się dostępny dla szerszej grupy ludzi. Może być przy tym wykonany z lepszej jakości materiałów – mówi Daniel Cieślik, właściciel i główny projektant w ANTA Architekci.
Autorska pracownia postanowiła zaprojektować uniwersalny budynek, który można indywidualnie konfigurować, podobnie jak samochód klasy premium. Efektem jest właśnie Dom Zmienny, czyli nowoczesny, parterowy budynek o powierzchni 143,6 mkw., który przez lata może się zmieniać wraz z potrzebami mieszkańców. Dom ma być projektem dla każdego. Co ciekawe, w założeniu ma się on zmieścić w zasadzie na każdej działce – minimalne wymiary działki dla tego projektu wynoszą 20,95 na 25,21 m.
Zaprojektowany budynek ma swój konkretny obrys zewnętrzny, który jest niezmienny. Natomiast wszystko, co się dzieje w jego obrębie, można już zmieniać. Dostępnych jest kilka konfiguracji aranżacji wnętrz, jeżeli chodzi o liczbę pomieszczeń. Można wybrać wersję z dachem płaskim (zielonym) lub solarnym, zintegrowanym z ogniwami fotowoltaicznymi, dachem dwuspadowym, czterospadowym albo wielospadowym. W zależności od warunków zabudowy bądź planu zagospodarowania przestrzennego dostępne są też inne opcje i rozwiązania techniczne, które można samodzielnie zaprojektować w konfiguratorze dostępnym online, zgodnie z indywidualnymi potrzebami i preferencjami.
Autorzy projektu wskazują, że Dom Zmienny można zbudować i urządzić pod klucz niemal w każdym miejscu w Polsce, na dodatek trzymając się przyjętego budżetu.
– Ważne jest to, że od początku do końca można dokładnie policzyć, ile realizacja tego domu będzie kosztować – mówi Daniel Cieślik. – Powszechnie wiadomo, że większość takich inwestycji na ogół niestety przekracza założone budżety. Ale w tej chwili sytuacja jest trudniejsza, biorąc pod uwagę finansowanie i dostępność kredytów. Dlatego ten budynek można od początku do końca wycenić i w takich pieniądzach go skończyć.
Co istotne, Dom Zmienny zgodnie z początkowym założeniem jego autorów jest samowystarczalny energetycznie dzięki zasilaniu czystą energią fotowoltaiczną oraz zastosowanym technologiom magazynowania i zarządzania energią.
– Samowystarczalność Domu Zmiennego polega na tym, że potrafi on wyprodukować wystarczająco dużo energii na własne potrzeby. Jeśli w danym momencie występuje nadwyżka produkcji, to korzystając z baterii, dom magazynuje energię i zużywa ją wtedy, kiedy pojawia się taka potrzeba, na przykład wieczorem lub w nocy – mówi Lech Kaniuk, współzałożyciel i prezes zarządu SunRoof.
– Obecnie w projektowaniu staje się to pewnego rodzaju standardem, bo wszyscy dbamy o koszty związane z utrzymaniem domu. Dlatego fotowoltaika i baterie są już jednym z podstawowych elementów budynku. W przypadku technologii SunRoof jest to także ciekawy element architektoniczny – dodaje Daniel Cieślik.
W zależności od wariantu wybranego przez inwestora można się zdecydować na fasadę fotowoltaiczną, zintegrowany dach fotowoltaiczny lub carport. Energia z carportu może być wykorzystana zarówno do ładowania aut elektrycznych, jak i na potrzeby energetyczne budynku.
Prąd z fotowoltaiki w pierwszej kolejności wykorzystywany jest do zasilania urządzeń elektrycznych w budynku. Następnie ładuje się bank energii. Gdy jest on naładowany i w instalacji wewnętrznej występuje nadwyżka, wówczas prąd jest oddawany do zewnętrznej sieci. Natomiast kiedy zachodzi słońce, prąd jest pobierany w pierwszej kolejności z baterii, a dopiero później następuje pobór z sieci, który jest jednak zniwelowany praktycznie do zera.
– SunRoof to dach i instalacja fotowoltaiczna, czyli rozwiązanie 2 w 1. Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy, to jego estetyka, ponieważ zintegrowany system wygląda dużo lepiej niż zwykłe panele PV montowane na dachu – mówi Lech Kaniuk. – Gdyby każdy budynek miał produkować własną energię z instalowanych osobno paneli PV, to na osiedlach wyglądałoby to nieatrakcyjnie. Dlatego takie zintegrowane rozwiązanie to jest po prostu kolejny krok w ewolucji fotowoltaiki. I to jest przyszłość – mówi Lech Kaniuk.








![Niska świadomość szarej strefy wśród graczy w Polsce. Prawie 80 proc. gra w nielegalnych kasynach online [DEPESZA]](https://amart.biz.pl/wp-content/uploads/2023/04/289-karta-do-gry-komputer-hazard1-218x150.jpg)


