czwartek, 2 lutego, 2023

Wzrost cen energii skłania firmy do wymiany oświetlenia. W niektórych sektorach odpowiada ono za...

Światowy rynek energooszczędnych technologii oświetleniowych do końca dekady zwiększy swoją wartość niemal dwukrotnie – przewidują analitycy Precedence Research. Inwestowaniu w rozwiązania efektywne energetycznie sprzyjają rosnące w  szybkim tempie ceny energii. Skłania to firmy do szukania oszczędności w największych wydatkach, a koszty oświetlenia mogą stanowić nawet 80 proc. kosztów przedsiębiorstwa. Rosnące ceny energii znacząco skracają teraz okres zwrotu tego typu inwestycji.

– Na przestrzeni minionych lat możemy zaobserwować wzrost zapotrzebowania na energię elektryczną, w tym również na energię wykorzystywaną do instalacji oświetleniowych. świetlną. Przykładem może być rok 2021, gdzie ten wzrost wyniósł około 9 proc. Przyczyniła się też do tego sytuacja gospodarcza, ale też pandemiczna, która wymusiła na pewnych sektorach rynku wzrost zapotrzebowania na usługi e-commerce’owe – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria Innowacje Paweł Boryś, business development manager w TRILUX Polska.

Jak wskazuje ekspert branży oświetleniowej, za przykład może posłużyć popyt na powierzchnie magazynowe, który – według danych Cushman & Wakefield – wzrósł w ciągu trzech kwartałów 2022 roku o 7 proc. r/r do poziomu 5,4 mln mkw. Co kwartał przybywa na rynku 1 mln mkw. nowych powierzchni w sektorze, a to oznacza zwiększone zapotrzebowanie na oświetlenie. Ze względu na bezprecedensowy wzrost kosztów energii elektrycznej w ciągu ostatnich miesięcy przedsiębiorcy szukają oszczędności również w tym obszarze.

– Na przestrzeni ostatniego roku wzrost ten był na poziomie 400 proc. Przedsiębiorcy i indywidualni konsumenci coraz bardziej próbują uniezależnić się od dostawców poprzez rozwiązania odnawialnych źródeł energii, czy to poprzez energię słoneczną, czy poprzez energię wiatrową. Ale też szczególną uwagę zwracają na koszty energii zużywanej przez oświetlenie, które stanowią ok. 15 proc. wartości całych kosztów energii elektrycznej. Ten udział zależy od sektora, bo w powierzchniach magazynowych wynosi nawet do 80 proc. całkowitych kosztów energii – mówi Paweł Boryś. – Dużo się mówi o ograniczeniu produkcji energii z paliw kopalnych: gazu czy węgla na korzyść OZE, natomiast bardzo mało się mówi o poszanowaniu energii i o efektywnym jej wykorzystywaniu.

Jak podkreśla, to właśnie w przemyśle możliwe jest najbardziej efektywne zmniejszenie zużycia energii. I to firmy z tego sektora, zwłaszcza przemysłu produkcyjnego, najczęściej decydują się na inwestycje w modernizację oświetlenia i innych instalacji elektrycznych.

– Przykładem mogą być ponownie przestrzenie magazynowe, gdzie osiągnęliśmy oszczędności zużycia energii na poziomie 80 proc. przy pracy przedsiębiorstwa 24 godziny na dobę – mówi ekspert firmy TRILUX.

Tego typu rozwiązania zostały zastosowane przez TRILUX w krakowskim biurowcu V.Offices. Firma dostarczyła do niego ponad 1,5 tys. opraw do oświetlenia zewnętrznego i wewnętrznego. Do zwiększenia efektywności energetycznej przyczynia się nie tylko wysoka wydajność nowych lamp opraw, lecz także system zarządzania nimi. Sterowanie oświetleniem w częściach wspólnych połączone jest z czujnikami ruchu. Oświetlenie zewnętrzne opiera się na czujnikach zmierzchowych, ograniczających do minimum zanieczyszczenie światłem. Co więcej, oświetlenie zostało zintegrowane z elektrozaworami w toaletach. W przypadku braku oświetlenia odcinany jest całkowity dopływ wody.

– Stosujemy rozwiązania, które jak najmniej ingerują w infrastrukturę elektryczną istniejącą w obiekcie, nawet do tego stopnia, że nie przerywamy cyklu produkcyjnego czy cyklu życia obiektu, wykonujemy po prostu te prace w godzinach nocnych czy w przerwach technologicznych danego przedsiębiorstwa – mówi Paweł Boryś.

Wysoka dynamika wzrostu cen energii, niekorzystna z punktu widzenia kosztów utrzymania budynków, korzystnie wpływa na stopę zwrotu inwestycji. Oszczędności, wynikające z ograniczenia zużycia energii w poszczególnych okresach rozliczeniowych, będą bowiem rosły wraz ze wzrostem stawek.

– Poprzez nieustający wzrost ceny energii te oszczędności stają się coraz większe i czas zwrotu staje się coraz krótszy – podkreśla business development manager w TRILUX Polska. – Zwrot inwestycji w zależności od stosowanej aplikacji i od segmentu rynku możemy szacować na tę chwilę przy obecnych stawkach kosztu energii nawet poniżej roku. Pracujemy obecnie nad projektem, gdzie obiekt funkcjonuje w trzyzmianowej formule pracy, czyli 24 godziny na dobę, przez 360 dni w roku, i okres zwrotu na tej inwestycji wynosi dziewięć miesięcy.

Firmy, które mimo to nie mogą pozwolić sobie na dużą inwestycję w modernizację systemów oświetleniowych, mogą skorzystać z formuły Light as a Service opartej na idei współdzielenia. W tej usłudze koszt projektu, instalacji i utrzymania LED-owego oświetlenia ponosi dostawca, pozostając teoretycznie jego właścicielem, a klient płaci miesięczny abonament za użytkowanie, określony na podstawie planowanego czasu wykorzystania instalacji. Z danych TRILUX wynika, że większość firm, która korzysta z tego modelu, po okresie wynajmu decyduje się na zakup instalacji. Drugą opcją jest odnowienie umowy i wymiana instalacji na nową. Co istotne, w takim modelu dostawca instalacji zajmuje się także utylizacją i recyklingiem starych opraw oświetleniowych.

Według Precedence Research światowy rynek energooszczędnych technologii oświetleniowych zamknie 2022 rok z przychodami przekraczającymi poziom 216 mld dol. Do 2030 roku wartość rynku przekroczy 406 mld dol.

Prace nad przełomowymi innowacjami prowadzą już nawet nastolatkowie. Młodzi badacze otrzymali granty na rozwój...

Technologie węglowe w medycynie, pozyskiwanie z roślin wartościowych substancji, które mogą być wykorzystywane w medycynie i kosmetologii czy nowatorskie metody zapobiegania powikłaniom związanym z zespołem kruchości kości – to przykłady obszarów, którymi zajmują się młodzi badacze, nagrodzeni w pierwszej edycji programu grantowego „Talenty Jutra”. Zorganizowała go powołana przez Bank Gospodarstwa Krajowego (BGK) Fundacja Empiria i Wiedza, która zapowiada, że będzie to program cykliczny. Wsparcie finansowe jest dziś jedną z największych potrzeb młodych badaczy i może zdecydować o rozwijaniu ich projektów w Polsce.

 Wspieramy młodych naukowców, bo wierzymy w ich potencjał i talent. Już dzisiaj obserwujemy młodych, którzy tworzą nowe projekty, wynalazki, pracują nad badaniami, które są w stanie zmieniać polską naukę. Wierzymy też, że to młodzi Polacy mogą stworzyć nowe centrum innowacji na świecie i to centrum będzie właśnie u nas, w Polsce – mówi agencji Newseria Biznes Zuzanna Piasecka, prezes Fundacji Empiria i Wiedza.

– Młodzi naukowcy potrzebują wsparcia finansowego, żeby móc kontynuować i rozwijać swoje pasje, badania, zainteresowania. To jest m.in. kwestia laboratorium, kupienia albo wynajęcia sprzętu. Za tym wszystkim muszą iść finanse, ale młodzi naukowcy potrzebują też mentorów, czyli ludzi, którzy ich poprowadzą. Dzisiaj tworzymy zespołowe Nagrody Nobla, dostają je zespoły często nawet kilkusetosobowe. Dlatego taki młody człowiek musi nauczyć pracować w zespole i potrzebuje mentora, który mu powie, że droga, którą idzie, jest właściwa – mówi Stefan Janta, dyrektor Planetarium Śląskiego, które było patronem honorowym gali finałowej konkursu „Talenty Jutra”.

Niskie zarobki, uniemożliwiające utrzymanie się wyłącznie z nauki, brak wsparcia finansowego przez cały okres studiów doktoranckich, konieczność podjęcia pracy niezwiązanej z tematem badań, a w konsekwencji często porzucanie kariery naukowej z powodów finansowych – to od lat jedne z głównych bolączek młodych naukowców. Wskazywali na nie m.in. uczestnicy badania przeprowadzonego w 2017 roku w ramach Projektu Naukowiec polskiej sieci EURAXESS. Młodzi naukowcy podkreślali w nim, że wobec braku stałego finansowania głównym narzędziem rozwoju własnej kariery są dla nich granty. Prawie 88 proc. młodych naukowców zadeklarowało, że poszukuje informacji na temat grantów, konkursów i stypendiów, a blisko 79 proc. – że ubiega się o grant krajowy.

W Polsce nie ma zbyt wielu instytucji, które chciałyby wspierać młodych ludzi. Zazwyczaj jednak patrzy się na zwrot z zainwestowanej kwoty. Empiria i Wiedza wychodzi temu naprzeciw – mówi Stefan Janta.

– Empiria i Wiedza jest fundacją powołaną przez Bank Gospodarstwa Krajowego w czasie pandemii, kiedy to wsparcie szeroko rozumianej edukacji było szczególnie potrzebne. Wspieramy zarówno tych, którzy jeszcze nie do końca odkryli swój potencjał, ale też dmuchamy w żagle tym najzdolniejszym – mówi Zuzanna Piasecka.

Wspieranie i inspirowanie młodych ludzi do tworzenia innowacji i realizacji projektów naukowo-badawczych, zwłaszcza w naukach ścisłych i medycynie, to cel zainicjowanego przez fundację programu grantowego „Talenty Jutra”. W tym roku odbyła się jego pierwsza edycja.

„Talenty Jutra” to program skierowany do młodych ludzi, między 15. a 25. rokiem życia, którzy mają nie tylko pomysł, ale i pierwsze doświadczenia z badaniami, pracują już nad rozwojem swojego wynalazku z obszaru nauk ścisłych i medycyny – mówi Zuzanna Piasecka.

Do tegorocznej, pierwszej edycji programu napłynęła ponad setka zgłoszeń nowatorskich prac naukowych i wynalazków, w kategoriach takich jak biotechnologia, informatyka i nauki inżynieryjno-techniczne, nauki biologiczne oraz nauki o zdrowiu i medycyna, nauki chemiczne oraz nauki o Ziemi i środowisku, nauki fizyczne i astronomia. Jury – składające się z piętnastu naukowców, reprezentujących różne dyscypliny oraz różne uczelnie i instytuty badawcze z całej Polski – wyłoniło spośród nich 50 najlepszych, finałowych projektów.

Jestem spokojny o przyszłość polskiej nauki, bo w szeregi naukowców poszukujących innowacji wstępują bardzo zdolne osoby, które z pewnością będą godnie nas zastępować i tworzyć naukę na wysokim poziomie, naukę, która rozwiązuje rzeczywiste problemy i potrzeby społeczeństwa. Właśnie w te problemy celują nasi finaliści i laureaci – mówi prof. dr hab. inż. Łukasz Albrecht, prorektor ds. nauki Politechniki Łódzkiej.

Spośród finalistów jury wybrało ostatecznie 20 najlepszych projektów i przyznało im granty o łącznej wartości pół miliona złotych, które ufundował Bank Gospodarstwa Krajowego. Uroczysta gala finałowa, podczas której ogłoszono zwycięzców, odbyła się w tym tygodniu w Planetarium Śląskim w Chorzowie, a udział wzięli w niej polscy i zagraniczni przedstawiciele świata nauki.

– Zapał tych młodych ludzi do uprawiania nauki i prowadzenia badań jest dostatecznie duży, żeby ta nauka w Polsce się rozwijała. Potrzebna jest tylko odpowiednia polityka i wsparcie, żeby ten zapał nie zgasł – podkreśla prof. dr hab. inż. Andrzej Ożyhar, prorektor ds. nauki Politechniki Wrocławskiej.

Jak zauważa, wielu spośród tegorocznych finalistów ma ambicję zmieniania świata na lepsze, co odzwierciedlają prowadzone przez nich projekty i badania.

Mój projekt jest ukierunkowany głównie na pomoc i wsparcie pacjentów w wieku geriatrycznym. Każdy z nas będzie kiedyś w podeszłym wieku, dlatego istotne są m.in. metody zapobiegania poważnym powikłaniom związanym z zespołem kruchości kości. Na tym właśnie opiera się mój projekt. Dotychczas nikt nie powiązał ze sobą w sposób molekularny dwóch zagrażających życiu jednostek chorobowych, czyli zespołu kruchości i choroby wieńcowej, która dotyka nawet 25 proc. Polaków. Jest to przełomowe rozwiązanie, które dużo wniesie do współczesnej kardiologii i pozwoli pacjentów z zespołem kruchości traktować w sposób szczególny – mówi Julia Cieśla, laureatka nagrody w jednej z kategorii.

Obok głównych nagród pięciu finalistów programu „Talenty Jutra” otrzymało od fundacji BGK wyróżnienia związane z inicjatywą 3W, czyli woda-wodór-węgiel. Organizatorzy wskazują bowiem, że w nadchodzących latach to właśnie ten obszar gospodarki będzie się intensywnie rozrastał, a te surowce będą punktem wyjścia większości prowadzonych w Polsce badań i wprowadzanych w życie innowacyjnych rozwiązań. Dwie nagrody specjalne związane z inicjatywą 3W trafiły w tym roku do rąk Jakuba Ostrowskiego i Kajetana Grzelki. 

– Pierwszy z projektów, wyróżnionych nagrodą specjalną, alokuje technologie węglowe w medycynie. Drugi dotyczy natomiast pozyskiwania z roślin bardzo wartościowych substancji, które mogą być wykorzystywane w medycynie i kosmetologii – precyzuje Maciej Przybyła, dyrektor zarządzający pionem strategii w BGK.

– Mój projekt zatytułowany „Dojenie korzeni” polega na wielokrotnym uzyskiwaniu od roślin związków aktywnych. Jego przełomowość polega na tym, że jest to jedyny taki projekt w Polsce oraz na świecie, który łączy w sobie dwa zagadnienia: elektroporację i solwenty eutektyczne. Elektroporacja to zwiększenie ilości oraz średnicy porów w błonach komórek korzeni roślin pod wpływem prądu elektrycznego. Przez te pory z korzeni rośliny do solwentów eutektycznych, czyli zgodnych ze związkami zawartymi w płynie międzykomórkowym roślin, płyną substancje aktywne, które mogą być dalej badane i na ich podstawie mogą opracowywane nowe leki czy nowe klasy leków. W przypadku rośliny, którą się zajmuję to są cztery związki, które mają właściwości m.in. przeciwdepresyjne i przeciwnowotworowe – wyjaśnia Kajetan Grzelka.

Laureaci tegorocznego konkursu „Talenty Jutra” wskazują, że pozyskane w nim granty umożliwią im przede wszystkim kontynuowanie badań i dalszy rozwój swojej kariery zawodowej.

Ta wygrana napawa mnie dużym optymizmem i utwierdza w przekonaniu, że kierunek, w którym idę, ma sens, że to może przyczynić się do rozwoju szeregu nowych technologii – dodaje Kajetan Grzelka.

Będąca częścią BGK Fundacja Empiria i Wiedza zapowiada, że tegoroczna edycja programu grantowego była pierwszą, ale nie ostatnią. Kolejny nabór w konkursie ma wystartować w przyszłym roku.

– Chcemy, żeby to był program cykliczny – zapowiada prezes fundacji. – Zwłaszcza że uczestnicy konkursu są bardzo zadowoleni, mamy też bardzo dobry odzew od jury, które jest pod wrażeniem jakości i innowacyjności nadesłanych projektów i wierzy, że ci młodzi ludzie naprawdę będą zmieniać świat.

Blisko połowa sprzedawanych aut używanych jest warta mniej niż 10 tys. zł. Na rynek...

Na rynku wtórnym przeważają transakcje zakupowe o stosunkowo niskiej wartości. 42 proc. mieści się w przedziale 10–29 tys. zł, a kolejne 24 proc. – mniej niż 10 tys. zł – wynika z raportu platformy Bidcar.pl. Wśród sprzedających te proporcje są odwrotne – 44 proc. otrzymało za swoje auto mniej niż 10 tys. zł. To oznacza, że sprzedajemy samochody głównie stare lub w kiepskim stanie technicznym. Takich ogłoszeń może być coraz więcej. Dlatego eksperci zalecają ostrożne zakupy, szczególnie z prywatnych ogłoszeń.

– Większość osób chcących kupić samochód w pierwszej kolejności kieruje się na portale ogłoszeniowe. Z przeprowadzonych przez nas badań wynika, że aż 47 proc. ankietowanych kupiło samochód od osoby prywatnej, której wcześniej nie znali. Co piąta osoba skorzystała z usług pośrednika, komisu samochodowego, natomiast co 10. kupiła od znajomego, członka rodziny, kogoś, kogo zna i miała z nim wcześniej styczność. Mniejszym zainteresowaniem cieszą się dealerstwa samochodowe czy oferty firm leasingowych. Natomiast, co ważne, aż 7 proc. ankietowanych wskazało, że dokonało zakupu samochodu przez internet na platformach, które taką możliwość dają – mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Laska, wiceprezes Bidcar.pl, platformy aukcyjnej samochodów używanych.

Jak wskazuje raport „Rynek samochodów używanych w Polsce”, głównym powodem, dla którego wybieramy rynek wtórny, jest niższa cena niż na rynku aut nowych. Mniej więcej co czwarty badany wskazał, że zdecydowała o tym dostępność samochodu od ręki, o co na rynku pierwotnym ostatnio coraz trudniej.

Największym zainteresowaniem cieszą się samochody w przedziale do 29 tys. zł. Aż 66 proc. ankietowanych wskazało, że na zakup samochodu przeznaczyło kwotę do tej wysokości. Co czwarta osoba przeznaczyła na samochód nawet mniej niż 10 tys. Podobna grupa kupiła samochód w przedziale między 30 a 49 tys. Co 10. transakcja to zakup powyżej 50 tys., a tylko jedna na 100 to zakup samochodu powyżej 100 tys. zł – mówi Mateusz Laska.

Powszechną praktyką są negocjacje cenowe – trzy czwarte badanych przyznaje, że zdołało wytargować lepszą cenę. Wybór tańszych aut jest zwykle podyktowany sytuacją finansową nabywcy. Jednak taki zakup może się okazać skarbonką bez dna. Tym bardziej że 44 proc. badanych sprzedających wskazuje, że otrzymało za swoje auto mniej niż 10 tys. zł, co może świadczyć o złym stanie technicznym tych pojazdów.

– Kierowcy niechętnie teraz wymieniają samochody ze względu na utrudniony dostęp do nich, zarówno używanych, jak i nowych aut, przez co eksploatują je do momentu, kiedy rzeczywiście dalsza naprawa nie ma już sensu, nie mają na to czasu i ochoty ciągle zaprowadzać ten samochód do mechanika. Dane, które podaje Instytut SAMAR na temat samochodów sprowadzanych, jednoznacznie wskazują, że importujemy coraz starsze auta. Średni wiek to 13 lat, więc możemy się spodziewać, że w kolejnych miesiącach na rynku będzie bardzo dużo samochodów w gorszej kondycji – mówi ekspert.

To oznacza szereg wyzwań dla potencjalnych kupujących. Z raportu „Rynek samochodów używanych w Polsce” wynika, że 77 proc. badanych jako największe zagrożenie postrzega ukryte (celowo bądź nie) wady samochodu. Dla 68 proc. jest nim niepełna wiedza na temat wypadków i awarii danego auta. Co trzeci przyznaje, że obawia się aut pochodzących z kradzieży.

– Ludzie przede wszystkim obawiają się tego, że niedokładnie zweryfikują stan techniczny samochodu, nie będą mieli fachowej wiedzy, aby rzetelnie ocenić, w jakiej kondycji jest auto. Dlatego na tym należy skupić swoją szczególną uwagę. Jeżeli rzeczywiście nie znamy się na samochodach, warto tę czynność przekazać niezależnym rzeczoznawcom, którzy będą mogli zweryfikować stan techniczny, albo skorzystać z platformy aukcyjnej samochodów używanych – mówi wiceprezes Bidcar.pl.

Tym bardziej że blisko połowa zakupionych samochodów używanych miała wady ukryte. W co 10. aucie były one poważne. Mimo to Polaków trudno zniechęcić do rynku wtórnego. Zdecydowana większość nabywców deklaruje, że zakupione na rynku wtórnym auto spełniło ich oczekiwania. Może o tym świadczyć fakt, że tylko 6 proc. zapowiada, iż nie zdecyduje się na taki zakup ponownie.

Jak podkreśla ekspert, jest wiele działań, które można podjąć, by wybór używanego auta był pewniejszy. Warto wcześniej sprawdzić ogłoszenia na wielu portalach ogłoszeniowych i aukcjach internetowych, porównać i zweryfikować u specjalistów ceny wystawionych aut. Na platformie Bidcar wraz z ogłoszeniem są udostępniane niezależne raporty rzeczoznawców, którzy robią inspekcję pojazdu z użyciem specjalnej aplikacji mobilnej. Zapoznanie się z raportem, do którego dołączone są też zdjęcia, może zastąpić samodzielne sprawdzanie auta, co też skraca proces zakupu i ogranicza koszty związane z oglądaniem samochodów w odległych miejscowościach. Te dwa czynniki były wymieniane jako uciążliwe przez odpowiednio 14 proc. i 37 proc. ankietowanych. Opinia rzeczoznawcy może być także sygnałem, że cena samochodu nie jest życzeniową ofertą sprzedającego, tylko urealnioną wartością, odpowiadającą stanowi technicznemu.

– Podczas zakupu samochodu nie kierujmy się emocjami, jest to najgorszy doradca w całym procesie. Ważne, abyśmy dokładnie zweryfikowali historię pojazdu. Aktualny stan techniczny to jest jedna sprawa, ale przeszłość samochodu to odrębny punkt, na którym powinniśmy się skupić. Mamy dostępne bezpłatne źródła, serwis HistoriaPojazdu.gov.pl, gdzie możemy uzyskać dodatkowe informacje na temat choćby przebiegu pojazdu. W internecie są również miejsca, w których możemy uzyskać odpłatnie dodatkowe informacje, np. pod kątem szkód zgłoszonych do towarzystw ubezpieczeniowych na danym samochodzie – radzi Mateusz Laska. – Weryfikujmy datę publikacji ogłoszenia. Jeżeli kupujemy w sezonie wiosennym, a na zdjęciach jeszcze widzimy resztki śniegu, to może znaczyć, że z samochodem jest coś nie tak. W tym czasie duże grono potencjalnych kupujących już odwiedziło tego sprzedającego i zweryfikowało stan pojazdu.

Sport z rekordowym finansowaniem. Budżet na 2023 rok sięgnie 3,5 mld zł

W 2022 roku wyjątkowo dobre były nie tylko wyniki polskich sportowców, np. tenisistki Igi Świątek, reprezentacji siatkarzy, koszykarzy czy piłkarzy, ale także finanse polskiego sportu. Budżet na 2022 rok zamknął się kwotą 2,4 mld zł, a na 2023 rok wzrośnie o kolejny ponad 1 mld zł. Kluczowym przedsięwzięciem, które zaplanowano na dwa najbliższe lata, ma być budowa tysiąca hal sportowych przy polskich szkołach. Rekordowe wsparcie otrzymają też m.in. Szkolne Kluby Sportowe i certyfikowane szkółki piłkarskie. Największą imprezą, jaka czeka nas w 2023 roku, będą Igrzyska Europejskie w Krakowie. Ubiegły rok pokazał, że z organizacją sportowych wydarzeń dobrze sobie radzimy.

– Rok 2022 zamknęliśmy rekordowym budżetem również w odniesieniu do planu, który przejęliśmy. Ministerstwo Sportu i Turystyki zostało odtworzone w październiku 2021 roku. Wówczas prace budżetowe były już zaawansowane i budżet, który przypadł na część dotyczącą kultury fizycznej, to było 1,7 mld zł. To i tak był budżet znacznie większy niż wykonanie budżetu za 2021 rok, bo było to 1,4 mld, a my zamknęliśmy go kwotą 2,4 mld zł – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria Biznes minister sportu i turystyki Kamil Bortniczuk.

Ponad 650 mln zł trafiło w 2022 roku na sport wyczynowy, a 400 mln zł – na sport powszechny. 750 mln zł zasiliło inwestycję w infrastrukturę sportową. 66 mln zł przeznaczono na sport osób z niepełnosprawnościami. W projekcie budżetu na 2023 rok zapisano kwotę dwukrotnie wyższą, niż planowano w roku ubiegłym. Ma to być rekordowe 3,5 mld zł. Dla porównania w 2015 roku budżet nie przekroczył 1 mld zł.

 Wzrosty te wynikają przede wszystkim z szeregu inicjatyw, które wykazujemy w Ministerstwie Sportu i Turystyki i z nowych programów, chociażby największego programu rozwoju infrastruktury sportowej w historii Polski, czyli programu budowy tysiąca nowych hal przy polskich szkołach. W ślad za tym łatwiej nam pozyskiwać środki na te dobre pomysły – wyjaśnia minister.

W 2022 roku pojawiły się takie projekty jak Program Upowszechniania Strzelectwa wśród młodzieży szkolnej, studentów i osób dorosłych, modernizacja kompleksów sportowych „Moje Boisko – Orlik 2012” czy program Tenisowa Polska. Niektóre z nowych inicjatyw będą kontynuowane i rozszerzane również w tym roku. Zapowiadany program budowy tysiąca hal sportowych pochłonie 2 mld zł w latach 2023–2024. Będzie w nim można uzyskać dofinansowanie na poziomie 70 proc. wartości inwestycji, a nabór wniosków rozpocznie się w lutym. To kolejna inicjatywa, która ma na celu promowanie aktywności fizycznej wśród dzieci i młodzieży. Resort sportu ma w swoich planach także wpisanie programu Sportowe Talenty do podstawy programowej w szkołach. W tym roku szkolnym jest on prowadzony pilotażowo w dwóch województwach: opolskim i lubelskim. To narzędzie, które pozwala nauczycielom ocenić potencjał sportowy uczniów.

Promowanie aktywności fizycznej wśród dzieci jest tym bardziej istotne, że na jej niski poziom wskazują dane statystyczne. Z badań przeprowadzonych w ramach czwartej edycji międzynarodowego projektu „Active Healthy Kids”, prowadzonego z udziałem ekspertów z Instytutu Matki i Dziecka, wynika, że zaledwie niespełna 17 proc. polskich dzieci jest umiarkowanie bądź intensywnie aktywne fizycznie przez przynajmniej godzinę dziennie, siedem dni w tygodniu. W skali szkolnej autorzy raportu ocenili ten poziom aktywności na ocenę niedostateczną. Z kolei Najwyższa Izba Kontroli alarmuje, że 14,5 proc. polskich dzieci ma nadwagę, a 7,2 proc. – otyłość.

– To poważne wyzwanie, przed którym stoi cała nasza cywilizacja. Jest bardzo dużo alternatywnych form spędzania wolnego czasu przez młodzież dla aktywności fizycznej, pozornie atrakcyjnych, ale z aktywnością fizyczną nie tylko niezwiązanych, ale wręcz zniechęcających do niej i promujących siedzący tryb życia. Mam tutaj na myśli różnego rodzaju tablety, komputery, konsole do gier, aktywność w internecie. Staramy się na to odpowiadać, wykorzystując również te zdobycze. Program Sportowe Talenty będzie miał odnogę w postaci aplikacji na smartfony, która poprzez grywalizację będzie mogła rozruszać młode pokolenie – zapowiada szef resortu sportu i turystyki.

Do szkół wrócił już Program SKS. Szkolne Kluby Sportowe w 2023 roku mają otrzymać najwyższe w historii wsparcie w wysokości 70 mln zł. W 2022 roku było to 58 mln zł. Dofinansowywane mają też być nadal certyfikowane szkółki piłkarskie.

Rosnący budżet dla sportu w 2023 roku to również efekt inflacji. 

– W związku z wojną na Ukrainie mamy do czynienia z kryzysem energetycznym, a to się przekłada na wzrost cen w różnych sektorach, np. wzrost cen energii czy biletów lotniczych. Chcieliśmy zapewnić polskim związkom sportowym, a za ich pośrednictwem polskim sportowcom, takie budżety, które niezależnie od tych negatywnych trendów światowych pozwolą w najgorszym wypadku prowadzić akcje szkoleniowe z taką samą intensywnością jak dotychczas. A w większości przypadków, szczególnie jeżeli mowa o tych związkach, które osiągały sukcesy w ostatnich latach i które promuje algorytm używany do określenia wysokości wsparcia, znacznie większe niż kwota inflacji – podkreśla Kamil Bortniczuk.

W 2022 roku reprezentanci Polski zdobyli łącznie 844 medale na imprezach rangi międzynarodowej w sportach olimpijskich (187 medali), nieolimpijskich (258 medali) i współzawodnictwie osób z niepełnosprawnościami (193 medale). Do największych sukcesów Polaków należy zaliczyć m.in. awans Igi Świątek, która od kwietnia ub.r. jest liderką singlowego rankingu WTA, wicemistrzostwo świata polskich siatkarzy, brązowy medal Dawida Kubackiego na zimowych igrzyskach olimpijskich w Pekinie, cztery medale Polaków na lekkoatletycznych mistrzostwach świata w USA, mistrzostwo Europy kobiet w rugby 7 w Krakowie, czwarte miejsce polskich koszykarzy na mistrzostwach Europy czy awans piłkarskiej reprezentacji Polski do 1/8 finału mundialu po 36 latach.

W 2022 roku udało się w sporcie bardzo wiele. Największe sukcesy należą oczywiście do polskich sportowców, którym my we współpracy ze związkami sportowymi tylko stwarzamy warunki do tego, aby się jak najlepiej do swoich występów przygotować. Ale mamy też sukcesy legislacyjne, chociażby związane z dyplomacją sportową i inicjatywami zmierzającymi do tego, aby rosyjski sport objąć sankcjami w związku z tymi haniebnymi czynami, których Rosjanie dopuszczają się na Ukrainie – mówi minister sportu i turystyki. – Cały czas 40 ministrów sportu krajów wolnego świata mówi głosem, który jako pierwszy wybrzmiał w Polsce.

W 2022 roku odbyły się w Polsce 74 imprezy sportowe rangi mistrzostw świata, pucharu świata i zawodów zaliczanych do klasyfikacji światowej. Część imprez została odebrana Rosji w związku z agresją na Ukrainę. Ministerstwo Sportu i Turystyki przeznaczyło na organizację wszystkich wydarzeń 180 mln zł, z czego 120 mln zł dodatkowych środków na imprezy sportowe przejęte od Rosji. Największą imprezą sportową w 2023 roku będą III Igrzyska Europejskie w Krakowie. To 28 dyscyplin, w większości olimpijskich, które zostaną rozegrane w 11 lokalizacjach. 95 proc. dyscyplin będzie się odbywać w randze kwalifikacji olimpijskich i mistrzostw Europy.

Nie uda się przeprowadzić w Polsce reformy systemu opakowań w wymaganym terminie. To oznacza...

Polska jest jednym z ostatnich krajów Unii Europejskiej, które nie wdrożyły jeszcze systemu rozszerzonej odpowiedzialności producentów, czyli nowych zasad organizacji gospodarki odpadami opakowaniowymi. Czas na jego wprowadzenie mija 5 stycznia 2023 roku, ale mało prawdopodobne, aby udało się go dotrzymać. To oznacza nie tylko groźbę kar ze strony Komisji Europejskiej, ale także wymierne straty społeczne i środowiskowe. Dziś koszty zagospodarowania odpadów opakowaniowych ponoszą głównie mieszkańcy gmin. Zmiany w polskim systemie są pilnie potrzebne również z tego względu, że w UE trwają prace nad zaostrzeniem wymogów dotyczących recyklingu odpadów opakowaniowych.

– Rozszerzona odpowiedzialność producentów powinna zostać wprowadzona do polskiego porządku prawnego do 5 stycznia 2023 roku. Czas ucieka, ale jak wiadomo, trwają przepychanki między różnymi interesariuszami i w tej chwili sytuacja wygląda tak, że dziś nikt nie jest w stanie precyzyjnie powiedzieć, kiedy to zostanie wprowadzone – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Piotr Rękawek, dyrektor biura Stowarzyszenia „Polski Recykling”.

Do wdrożenia rozszerzonej odpowiedzialności producentów (ROP) zobowiązuje Polskę przyjęty w 2018 roku unijny pakiet odpadowy. Zgodnie z tą regulacją firmy wprowadzające na rynek produkty opakowane m.in. w tworzywa sztuczne, takie jak folie czy twarde plastiki, powinny partycypować w kosztach ich selektywnej zbiórki, segregacji i przygotowania do recyklingu. W Polsce prace nad nowym systemem trwają od 2019 roku, kiedy ówczesne Ministerstwo Środowiska zainaugurowało cykl konsultacji w tej sprawie. Kilka miesięcy temu utknęły w martwym punkcie po tym, jak projekt rządowej ustawy przygotowanej przez resort klimatu i środowiska znalazł się w ogniu krytyki ze strony przedstawicieli biznesu. Opracowywane przepisy zakładają wdrożenie ROP w połączeniu z systemem kaucyjnym, który ma skłonić konsumentów do oddawania zużytych opakowań do punktów zbiórek. 

Drugą regulacją dotyczącą odpadów, której Polska nie wdrożyła w terminie narzuconym przez KE, jest dyrektywa plastikowa Single-Use Plastica. Jej zadaniem jest ograniczenie produkcji i stosowania jednorazowych wyrobów plastikowych takich jak sztućce, talerze, kubki czy torby.

 W drugiej połowie grudnia br. Rada Ministrów przyjęła już projekt ustawy wdrażającej Single-Use Plastics, jednocześnie w Sejmie wciąż dyskutowana jest też kwestia systemu kaucyjnego. Dobrze by było, gdyby to wszystko szło w jednym kierunku. Te akty prawne, które są dyskutowane bądź są już w przygotowaniu, powinny być spójne, tymczasem w tej chwili trochę się ze sobą nie zazębiają – zauważa Grzegorz Piotr Rękawek. – W dodatku rok wyborczy prawdopodobnie spowoduje to, że być może część rzeczy znowu trafi do zamrażarki lub będzie tworzona na nowo. 

To zaś oznacza, że Polska będzie musiała się liczyć z kolejnymi sankcjami finansowymi ze strony Komisji Europejskiej, ale to niejedyne finansowe konsekwencje, jakie wiążą się z brakiem ROP. System ten, który funkcjonuje już w większości krajów UE, zakłada, że koszty gospodarowania odpadami są dzielone pomiędzy mieszkańców a biznes, który wprowadza na rynek produkty opakowane m.in. w folie czy plastiki. Im więcej dany producent wprowadza na rynek plastikowych opakowań, tym więcej powinien dołożyć się do kosztu późniejszego zagospodarowania odpadów, które z nich powstają. Dzięki temu gospodarstwa domowe są obciążone niższymi opłatami. W Polsce przez brak systemu ROP to gospodarstwa domowe w ramach opłat gminnych wciąż ponoszą wyłączne koszty zbiórki i zagospodarowania odpadów po opakowaniach.

Szacujemy, że przez brak ROP w polskim systemie gospodarowania odpadami brakuje przynajmniej 5 mld zł z tzw. opłaty opakowaniowej – podkreśla dyrektor biura Stowarzyszenia „Polski Recykling”. – Istnieje ryzyko, że te koszty będą dalej przerzucane na mieszkańców, którzy będą obciążeni coraz wyższymi stawkami.

Oprócz niższych opłat po stronie mieszkańców ROP ma też wymierne korzyści prośrodowiskowe. Wymusza bowiem na producentach oszczędniejsze gospodarowanie surowcami, ograniczenie liczby opakowań wprowadzonych na rynek i rozwój projektowania takich systemów pakowania produktów, które wykorzystują mniej surowców. 

– W dłuższej perspektywie brak wdrożenia w Polsce systemu ROP może skutkować karą w postaci tego, że nadal będziemy ponosili wysokie opłaty z tytułu Plastic Levy, czyli odpadów opakowaniowych niepoddanych recyklingowi [obecnie budżet państwa traci z tego tytułu ok. 6 mln zł dziennie – red.] – zauważa Grzegorz Piotr Rękawek. 

Te opłaty będą coraz wyższe, ponieważ Komisja Europejska zamierza zastąpić dyrektywę opakowaniową nowym rozporządzeniem, które będzie obowiązywać wprost we wszystkich państwach członkowskich. Nowe przepisy mają zaostrzać wymogi dotyczące tego, w jakiej części dane opakowanie z tworzywa sztucznego ma pochodzić z surowców z recyklingu.

Rozporządzenie będzie dotyczyć nie tylko opakowań z tworzyw sztucznych, ale też zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego. W momencie, kiedy ta regulacja wejdzie w życie, Polska też będzie musiała się liczyć z określonymi konsekwencjami finansowymi z tytułu braku ROP – mówi ekspert.

Głównym celem zaproponowanych pod koniec listopada nowych przepisów dyrektywy jest ograniczenie do 2040 roku odpadów opakowaniowych o 15 proc. na mieszkańca w każdym państwie członkowskim w porównaniu z 2018 rokiem. Doprowadziłoby to do całkowitego zmniejszenia ilości odpadów w UE o prawie 37 proc. w porównaniu ze scenariuszem bez zmiany przepisów.

Z danych KE wynika, że każdy Europejczyk co roku wytwarza średnio prawie 180 kg odpadów opakowaniowych. Bez podejmowania dodatkowych działań ich ilość do 2030 roku wzrosłaby o 19 proc., a w przypadku odpadów opakowaniowych z tworzyw sztucznych nawet o 46 proc.

Opakowania są jednym z głównych sposobów wykorzystywania surowców pierwotnych, ponieważ 40 proc. tworzyw sztucznych i 50 proc. papieru używanych w UE jest przeznaczone na opakowania. Wdrożenie zaostrzonych przepisów mogłoby więc zmniejszyć zapotrzebowanie na surowce, ale też emisję gazów cieplarnianych pochodzących z opakowań. Komisja Europejska szacuje, że do 2030 roku możliwa jest jej redukcja do 43 mln t w porównaniu do 66 mln t w sytuacji, gdyby przepisy nie zostały zmienione. Tym samym koszty szkód w środowisku dla gospodarki i społeczeństwa zostałyby zmniejszone o 6,4 mld euro w stosunku do poziomu bazowego.

Tempo wdrażania gospodarki bez papieru wciąż mało zadowalające. Rozwiązania paperless są nie tylko bardziej...

– Rozwiązania paperless pozwalają ograniczyć wiele ryzyk po stronie firmy, chociażby takich jak ryzyko operacyjne, prawne lub reputacyjne – mówi Piotr Tomasik z KIR. To także oszczędność kosztów i benefity ekologiczne. Dlatego coraz więcej firm decyduje się na ograniczanie papierowych faktur, rachunków czy umów i zastępuje je cyfrowymi odpowiednikami. Ważnym narzędziem w tej zmianie jest e-podpis, czyli elektroniczny podpis kwalifikowany, który gwarantuje bezpieczeństwo cyfrowego dokumentu i ustala tożsamość osoby podpisującej. Takie rozwiązanie zyskuje na popularności, zarówno wśród firm, jak i indywidualnych użytkowników, ale tempo przechodzenia na gospodarkę paperless wciąż jest jednak mało zadowalające.

– Gospodarka paperless to gospodarka zdigitalizowana, z ograniczoną do minimum ilością papieru, tańsza, bardziej efektywna i bardziej ekologiczna – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Tomasik, dyrektor Biura Sprzedaży Centralnej w Krajowej Izbie Rozliczeniowej.

Paperless, czyli rezygnacja z papieru na rzecz cyfrowego obiegu dokumentów to trend, który mocno przyspieszył w trakcie pandemii COVID-19. Wyeliminowanie papierowych dokumentów wymaga metody podpisywania, która zastąpi odręczny podpis. Takim narzędziem jest elektroniczny podpis kwalifikowany. To ciąg znaków dołączany do dokumentu, który gwarantuje, że jego treść nie może zostać w sposób nieautoryzowany zmieniona, i potwierdza tożsamość osoby podpisującej. Podpis jest także zabezpieczony kryptograficznie. 

Kwalifikowany podpis elektroniczny jest coraz powszechniej wykorzystywany w obrocie gospodarczym, ponieważ w świetle prawa jest równorzędny z odręcznym podpisem i regulowany przez unijne rozporządzanie eIDAS, dzięki czemu dokument uwierzytelniony takim podpisem jest respektowany we wszystkich krajach członkowskich Unii Europejskiej.

Firmy wykorzystują go m.in. do podpisywania umów cywilnoprawnych, kontraktów, ofert handlowych czy zamówień, także w obrocie międzynarodowym oraz w kontaktach z administracją do sygnowania np. deklaracji ZUS, rozliczeń podatkowych w systemie e-Deklaracje, wymiany dokumentacji z Głównym Urzędem Statystycznym, Generalnym Inspektorem Informacji Finansowej, Krajowym Rejestrem Sądowym czy organami samorządowymi. 

Korzystając z kwalifikowanego podpisu elektronicznego, można podpisywać dokumenty z dowolnego miejsca i o dowolnej porze, co jest dla firm sporym udogodnieniem, zwłaszcza w warunkach pracy zdalnej. Jednak podstawową korzyścią tego rozwiązania jest brak konieczności drukowania, kopiowania, wysyłania kurierem czy archiwizowania podpisanych dokumentów, dzięki czemu pracownicy optymalizują swój czas pracy, a firma ogranicza zużycie papieru i innych materiałów biurowych. W efekcie dba o środowisko i notuje wymierne korzyści finansowe.

 Paperless zapewnia firmie szereg korzyści. Przede wszystkim są to korzyści ekologiczne, natomiast one nie zawsze przemawiają do dyrektorów finansowych. Dlatego trzeba też wskazać oszczędności po stronie kosztowej, jak również fakt, że rozwiązania paperless pozwalają minimalizować ryzyka po stronie firmy, chociażby takie jak ryzyko operacyjne, prawne lub reputacyjne – wskazuje dyrektor z KIR.

Kwalifikowany podpis elektroniczny mSzafir jest pierwszym w pełni online’owym rozwiązaniem, co oznacza, że nie wymaga korzystania z karty kryptograficznej i czytnika. Na polskim rynku dostępne są również inne tego typu narzędzia, pozwalające na składanie „zwykłego” e-podpisu. Jednak autoryzacja dokumentów podpisem niekwalifikowanym pod względem prawnym w wielu sytuacjach może nie wystarczyć i partner biznesowy lub urząd mogą odmówić przyjęcia tak podpisanych dokumentów.

Poza usługami wspierającymi cyfryzację obiegu dokumentów KIR dostarcza także narzędzia służące bezpiecznej wymianie informacji, mechanizmy oparte na analizie big data, rozwiązania z zakresu otwartej bankowości i AML.

– Czas i szybkość wdrażania paperless w Polsce wciąż nie są zadowalające. Dlatego naszą misją, jako huba technologicznego, jest dostarczanie narzędzi, które ułatwiają procesy digitalizacji, zarówno w sektorze prywatnym, jak i w administracji publicznej – mówi Piotr Tomasik. 

Tegoroczne badanie wykonane na zlecenie KIR i ZBP wskazuje, że zainteresowanie kwalifikowanym podpisem elektronicznym rośnie także wśród indywidualnych użytkowników – w latach 2018–2022 odsetek korzystających z e-podpisu zwiększył się o 38 proc. Z takiej usługi  chciałoby korzystać trzech na pięciu respondentów. Największy potencjał e-podpisu Polacy widzą w przypadku zawierania umów na usługi realizowane za pośrednictwem banków (52 proc.) czy umów z dostawcami usług użyteczności publicznej, takich jak prąd, gaz, woda i śmieci (45 proc.), umów ubezpieczeniowych (42 proc.), telekomunikacyjnych (41 proc.) i medycznych (34 proc.).

Rynek startupowy powoli zaczyna odczuwać spowolnienie. Blisko połowa młodych spółek rozważa wyprowadzkę z Polski

Polski rynek start-upów powoli zaczyna odczuwać spowolnienie, wywołane kumulacją „czarnych łabędzi”, czyli niespodziewanych zdarzeń z ostatnich dwóch–trzech lat. Dane nie pokazują jeszcze co prawda wyraźnego spadku dostępności kapitału, ale rodzime start-upy z pesymizmem patrzą w przyszłość, a prawie połowa z nich w obliczu ostatnich kryzysów odczuła znaczący wzrost kosztów działalności. Rodzimym spółkom doskwiera też Polski Ład, problemy z pozyskaniem pracowników i rywalizacja o programistów. W efekcie już prawie połowa z nich rozważa przeniesienie swojego biznesu na stałe poza Polskę – pokazuje ostatni raport Fundacji Startup Poland. – Ekosystem wsparcia start-upów w Polsce zmienił się dość znacząco w ostatnich latach – zauważa Natalia Świrska-Załuska z OVHcloud. 

– Pod kątem rozwoju i możliwości wsparcia upływający rok był dla start-upów dobry i niedobry. Raport Fundacji Startup Poland pokazuje, że kapitału i inwestycji na tym rynku było mniej, ale z drugiej strony więcej inwestorów międzynarodowych zaczęło się angażować w takie kooperacje i to jest bardzo pozytywne zjawisko – mówi agencji Newseria Biznes Natalia Świrska-Załuska, startup program manager w Regionie CEE, OVHcloud.

Nowa edycja raportu Fundacji Startup Poland („Polskie start-upy 2022”) pokazuje, że ostatnie dwa–trzy lata to okres kilku równocześnie występujących kryzysów. Ten wywołany pandemią nadal trwa, a jego wpływ na gospodarkę wciąż jest odczuwalny m.in. w postaci rosnącej inflacji. Na to nałożył się również kryzys wywołany wojną w Ukrainie, związany z nim niedobór surowców energetycznych i wzrosty ich cen w niespotykanej dotąd skali. Taka kumulacja „czarnych łabędzi” bezpośrednio odbiła się na niemal każdej gałęzi gospodarki i rynek startupowy nie był tu wyjątkiem.

Ekosystem wsparcia start-upów w Polsce zmienił się dość znacząco w ostatnich latach, a pandemia COVID-19 i wojna w Ukrainie były najmocniejszym przyczynkiem do tych zmian – mówi ekspertka.

Jak wskazuje, ich wpływ na rynek startupowy nie był jednak jednoznacznie negatywny.

– Najpierw w czasie pandemii szansę bardzo szybkiego rozwoju dostały m.in. start-upy z branży healthcare, a teraz wojna sprawiła, że start-upy z Ukrainy są bardziej dostrzegane w kontekście międzynarodowych inwestycji – mówi Natalia Świrska-Załuska.

Raport Startup Poland pokazuje, że o ile w czasie pandemii sektor młodych, innowacyjnych firm był rozgrzany do czerwoności, a inwestorzy chętnie wykładali rekordowe sumy na kolejne startupowe przedsięwzięcia, o tyle teraz wiele wskazuje na to, że okres prosperity dobiega końca lub przynajmniej wyhamowuje. Jak wynika z raportu PFR Ventures i Inovo VC „Transakcje na polskim rynku VC w Q3 2022” – w trzecim kwartale wartość inwestycji VC spadła o 12 proc. r/r. Zdaniem ekspertów powinno to jednak pozwolić co najmniej wyrównać rekordowy wynik z 2021 roku. Spowolnienie jest już widoczne zwłaszcza na najbardziej rozwiniętych rynkach zachodnioeuropejskich i w Stanach Zjednoczonych, gdzie wśród start-upów dominuje pesymizm, a ilość inwestowanego w nie kapitału zauważalnie spada.

Jak wskazuje raport „Polskie start-upy 2022”, również krajowe podmioty patrzą w przyszłość z pesymizmem. Zwłaszcza że w obliczu ostatnich kryzysów blisko połowa z nich (49 proc.) odczuła znaczący wzrost kosztów działalności. 62 proc. wskazało, że ich biznes destabilizują zmiany wprowadzone w tym roku w ramach Polskiego Ładu, a wśród głównych barier dla rozwoju swojej działalności 52 proc. start-upów wymienia też problemy z pozyskaniem pracowników i rywalizację o programistów. Co istotne, prawie połowa krajowych start-upów rozważa już przeniesienie swojego biznesu na stałe poza Polskę. Może to wskazywać na fakt, że w Polsce trudniej pozyskać finansowanie i prowadzić firmę, która osiągnęła już pewien poziom rozwoju.

Jak podkreśla Natalia Świrska-Załuska, tym, co mogłoby pobudzić rozwój polskiego rynku startupowego, są przede wszystkim inwestorzy i większa ilość dostępnego kapitału na rozwój, choć raport Fundacji Startup Poland pokazuje, że pod tym kątem sytuacja w najbliższym czasie raczej się nie poprawi.

Programy dla start-upów – takie, jakie rozwijamy aktualnie w ramach OVHcloud – też pobudzają rozwój tego rynku, ponieważ pomagamy im wchodzić na nowe rynki, rozwijamy je technologicznie, wspieramy ekspozycję marketingową nie tylko w Polsce, ale też w całej Europie i na świecie – mówi startup program manager w Regionie CEE, OVHcloud. – Polskie start-upy wyróżniają ich founderzy, którzy są otwarci i chętni do dzielenia się doświadczeniami. Słuchamy ich opinii i zbieramy feedback, co pozwala nam wdrażać ulepszeniaW nas, Polakach, podoba mi się to, że nie siedzimy z założonymi rękami. Kombinujemy, wyciągamy wnioski, a przede wszystkim świetnie umiemy wykorzystywać zasoby, które posiadamy.

Ekspertka OVHcloud wskazuje też, że jednym z dominujących trendów na rynku startupowym będzie zrównoważony rozwój i „zielone” technologie. Zdaniem 16 proc. ankietowanych start-upów to jeden z sektorów, do którego „płynie” wciąż za mało kapitału. Dlatego też na nich skupia się program GreenTECH, zainaugurowany we wrześniu br. przez OVHcloud i EIT InnoEnergy. Jego celem jest m.in. akceleracja pomysłów, które mogą pomóc rozwiązać problemy związane z globalnym ociepleniem, efektywnością energetyczną lub cyfrowymi czynnikami umożliwiającymi transformację energetyczną.

OVHcloud Startup Program to nie jest typowy akcelerator. Wprawdzie pomaga start-upom się rozwijać, oferuje doradztwo biznesowe, również z zakresu IT, ale w przeciwieństwie do typowych akceleratorów nie inwestuje środków finansowych. Ułatwia za to dostęp do ekspertów w dziedzinie finansowania, również inkubatorów i funduszy VC. Podstawową wartością dodaną jest dostęp do sprzętu i technologii OVHcloud, Od 2015 roku do programu dołączyło ponad 1,8 tys. start-upów.

16 mln zł trafi na dodatkowe wsparcie dla ukraińskich studentów i naukowców. Część środków...

W nowej odsłonie programu „Solidarni z Ukrainą” polskie uczelnie należące do sojuszy Uniwersytetów Europejskich dostaną w sumie 16 mln zł na wzmocnienie współpracy z uczelniami z Ukrainy. Te środki będą mogły przeznaczyć m.in. na organizację wymiany studentów i doktorantów, włączenie ich w prowadzone webinaria i staże, organizację szkoleń i warsztatów, wizyty studyjne, prowadzenie wspólnych prac badawczo-rozwojowych i przygotowanie wspólnych publikacji naukowych. – Staramy się przede wszystkim przeciwdziałać drenażowi mózgów i zachować kapitał intelektualny, który później przysłuży się odbudowie Ukrainy – mówi dr Dawid Kostecki, dyrektor Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej​, która realizuje program.

– Przeznaczamy blisko 16 mln zł na 18 uczelni w Polsce, które w ramach Uniwersytetów Europejskich będą wspierać kontynuację działań edukacyjnych, dydaktycznych, naukowych, badawczych, ale również wymian studyjnych i konferencji naukowych dla naukowców z Ukrainy w łączności z polskimi i europejskimi ośrodkami badawczymi – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Rzymkowski, sekretarz stanu w Ministerstwie Edukacji i Nauki, pełnomocnik rządu do spraw rozwoju i umiędzynarodowienia edukacji i nauki.

Rosyjska agresja na Ukrainę spowodowała, że tamtejsze uniwersytety i uczelnie wyższe mają ograniczone możliwości funkcjonowania. Wszystko zależy jednak od regionu kraju i jednostkowych decyzji władz uczelni. Część zajęć, zwłaszcza na zachodzie Ukrainy, odbywa się w miarę normalnie, część aktywności przeniosła się do online’u.

– Najważniejsza jest kontynuacja działalności akademickiej, żeby studenci, doktoranci, naukowcy z Ukrainy nie utracili łączności z nauką, żeby cykl kształcenia, badań, poszczególnych awansów zawodowych nie został przerwany – mówi Tomasz Rzymkowski. – Dlatego właśnie staramy się kłaść duży nacisk na to, żeby studenci, doktoranci, naukowcy, ale również pracownicy niedydaktyczni mogli w ramach polskich i europejskich uczelni kontynuować swoje badania, dalej prowadzić swoją działalność naukową, edukacyjną i dydaktyczną, żeby po zakończeniu działań wojennych mogli wrócić na Ukrainę i swoim intelektem, swoimi umiejętnościami odbudowywać zniszczone po wojnie państwo.

Podtrzymanie potencjału intelektualnego Ukrainy, aby po zakończonej wojnie kadry naukowe mogły jak najszybciej wrócić do kraju dalej kształcić studentów i prowadzić badania naukowe – to cel programu „Solidarni z Ukrainą”, prowadzonego przez Narodową Agencję Wymiany Akademickiej (NAWA). W początkowej fazie umożliwiał on ukraińskim uchodźcom kontynuowanie studiów, prowadzenie prac nad rozprawą doktorską lub realizowanie innych, dowolnych form kształcenia w polskich uczelniach i instytutach. MEiN przeznaczyło na ten program stypendialny ok. 11 mln zł.

W tej chwili w polskich uczelniach wyższych, publicznych i niepublicznych, jest ich ponad 30 tys., tylu studentów i doktorantów z Ukrainy mamy zarejestrowanych w systemie Polon. Oni edukują się na równi z polskimi studentami, mają te same prawa i obowiązki, w tym również możliwość korzystania z pomocy socjalnej i stypendialnej na równi z polskimi studentami – mówi pełnomocnik rządu do spraw rozwoju i umiędzynarodowienia edukacji i nauki.

W tym tygodniu ruszyła nowa odsłona programu „Solidarni z Ukrainą”. W obliczu nowych wyzwań i potrzeb Ministerstwo Edukacji i Nauki uruchomiło dodatkowe wsparcie finansowe dla polskich uczelni, które podejmą współpracę z jednostkami z Ukrainy.

Ten program to kontynuacja działań realizowanych przez NAWA już od marca tego roku. Rzeczywistość się zmienia, więc chcemy dostosować do niej formy pomocy. Dlatego tym razem stawiamy nie na stypendia, ale inne formaty. Chodzi o to, aby poprzez wspólne projekty badawcze naukowców, studentów i doktorantów, krótkookresowe staże, warsztaty, sympozja czy konferencje włączać środowisko akademickie Ukrainy w poczet Uniwersytetów Europejskich. W praktyce oznacza to np. możliwość odbycia cyklu kształcenia w Polsce i na wybranym uniwersytecie w Unii Europejskiej, a później powrót do wolnej i niepodległej Ukrainy – wyjaśnia dr Dawid Kostecki, dyrektor NAWA.

Na dodatkowe środki w nowej odsłonie programu „Solidarni z Ukrainą” mogą liczyć polskie uczelnie, które wchodzą w skład sojuszy Uniwersytetów Europejskich. To sieć międzynarodowych partnerstw uczelni, którą mogą stworzyć minimum trzy instytucje szkolnictwa wyższego z co najmniej trzech krajów członkowskich UE lub innych krajów programu. Projekt Uniwersytetów Europejskich ma na celu stworzenie tzw. uniwersytetów przyszłości i wzmacnianie konkurencyjności europejskich uczelni na arenie międzynarodowej. W Polsce należy do niego 18 uczelni nadzorowanych przez MEiN.

Polskie uczelnie będą mogły wykorzystać 16 mln zł na wspólne projekty badawcze, organizację konferencji, sympozjów, warsztatów, szkoleń i stażów dydaktycznych dla środowiska akademickiego oraz kadry administracyjnej ukraińskich uczelni. To tzw. job shadowing, czyli możliwość podglądania tego, jak funkcjonuje polski czy europejski uniwersytet, aby w przyszłości ukraińska kadra administracyjna była świadoma pewnych standardów i wiedziała, jak przysłużyć się ukraińskiej nauce – mówi dr Dawid Kostecki.

Pieniądze w ramach programu „Solidarni z Ukrainą” – średnio 900 tys. zł na pojedynczą uczelnię – będą mogły zostać przeznaczone też m.in. na organizację wymiany studentów i doktorantów z Ukrainy, włączenie ich w prowadzone webinaria i staże, organizację intensywnych kursów, szkoleń i warsztatów, wizyty studyjne, prowadzenie wspólnych prac badawczo-rozwojowych, przygotowanie wspólnych publikacji naukowych, a także opracowanie nowoczesnych materiałów dydaktycznych i nowych, innowacyjnych narzędzi kształcenia.

Ten program to również wykorzystanie technologii informatycznych związanych z możliwością kształcenia na odległość, bo wiemy, że mężczyźni powyżej 18. roku życia nie mogą przekraczać granicy i wyjechać z Ukrainy, a także krótkie cykle kształcenia, mikropoświadczenia i zaświadczenia, które gwarantują dodatkowy dorobek dla danego naukowca – wymienia dyrektor NAWA.

Co istotne, korzyści ze współpracy w programie „Solidarni z Ukrainą” odczują też polskie uniwersytety i politechniki.

Dla polskich uczelni to oznacza przede wszystkim wyższy poziom umiędzynarodowienia. W kategoriach rankingowych ten poziom to jest rzecz kluczowa w budowaniu naszej pozycji w Unii Europejskiej i na arenie międzynarodowej – mówi dr Dawid Kostecki. – Dzięki temu, że włączamy środowisko akademickie Ukrainy, budujemy też ogromną sieć kontaktów, a networking przyczynia się do tego, że Europejska Przestrzeń Badawcza będzie coraz pełniejsza.

Aplikacja do ratowania jedzenia przed wyrzuceniem zdobywa coraz więcej zwolenników. W ten sam sposób...

– Rozmawiamy z wieloma producentami różnych biznesów: zaczęliśmy od ratowania jedzenia, ale widzimy, że coraz więcej zasobów jest spisanych na straty. Dlatego zaczęliśmy ratować również kwiaty, które więdną w kwiaciarniach, a wciąż mogą udekorować czyjś salon, jedzenie dla zwierząt czy kosmetyki z drogerii, które też mają określoną datę przydatności – mówi Mateusz Kowalczyk, współzałożyciel i prezes start-upu Foodsi. Podstawowym celem aplikacji wciąż jest jednak przeciwdziałanie marnowaniu żywności. Łączy w tym celu sklepy i restauracje mające nadwyżki jedzenia, z użytkownikami, którzy chcą je kupić w promocyjnej cenie. Liczba uratowanych paczek sięga już miliona, a twórcy aplikacji przygotowują się powoli do zagranicznej ekspansji. 

Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) podaje, że każdego roku na świecie marnuje się ok. 1,3 mld t żywności, która wciąż nadaje się do spożycia. Natomiast w Polsce – jak pokazuje ubiegłoroczny raport NIK i przytaczane w nim dane – każdego roku na śmietnik trafia prawie 5 mln t jedzenia, czyli średnio 150 kg w każdej sekundzie. Najwięcej (ok. 60 proc.) stanowi żywność z gospodarstw domowych. Badania prowadzone w ramach „Programu racjonalizacji strat i ograniczania marnotrawstwa żywności” (PROM) pokazały, że Polacy najczęściej wyrzucają jedzenie z powodu jego zepsucia albo przeoczenia daty ważności. Jednak więcej niż co czwarty konsument przyznał, że zdarza mu się wyrzucać jedzenie, ponieważ przygotował jego zbyt dużą ilość.

Skala marnowania żywności jest zbyt duża. Około 1/3 tego, co produkujemy, co trafia do sklepów, lokali i na nasze stoły, ostatecznie ląduje w śmietniku – mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Kowalczyk, współzałożyciel i prezes Foodsi.

Z wyliczeń NIK wynika, że istotny udział w skali problemu mają jednak nie tylko konsumenci. Nieco ponad 31 proc. marnowanej w Polsce żywności pochodzi z przetwórstwa i produkcji rolniczej, 7 proc. – ze sklepów i sektora handlu, a blisko 1,3 proc. – z gastronomii. I choć procentowo wydaje się to relatywnie niewiele, to z badań przeprowadzonych w ramach PROM wynika, że w samym tylko sektorze handlu co roku marnuje się 337 tys. t jedzenia. Tylko niewielką jego część udaje się zagospodarować: w 2020 roku w ramach ustawy o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności organizacje pozarządowe dostały od sprzedawców w sumie nieco ponad 18,5 tys. t produktów spożywczych, które niemal w całości przekazały potrzebującym (dane GIOŚ). To zaledwie ok. 5,5 proc. żywności marnowanej w handlu i ok. 0,4 proc. całej żywności marnowanej w Polsce.

– Foodsi adresuje problem marnowania żywności, staramy się sprawić, żeby jedzenie przestało marnować się w tak dużej skali. Ale też staramy się również wpływać na świadomość naszych odbiorców, edukować ich, pokazując wagę problemu i to, jak mu zapobiegać – mówi prezes start-upu. – Kwestia marnowania żywności jest nam bliska. Obserwowaliśmy ten problem, pracując w gastronomii w czasach studenckich. Później dodatkowo się dokształciliśmy, co też otworzyło nam oczy na to zjawisko i finalnie doprowadziło do stworzenia projektu, który na początku był dla zabawy, a potem przerodził się w szybko rozwijający się biznes.

Foodsi to polski start-up w duchu zero waste, który powstał w 2019 roku. Rozwija aplikację umożliwiającą spożytkowanie nadwyżek jedzenia, które każdego dnia powstają w restauracjach, piekarniach, sklepach i punktach gastronomicznych. Jej użytkownicy mogą kupić takie produkty, płacąc za nie minimum 50 proc. taniej. Dzięki temu w niskiej cenie zyskują wciąż pełnowartościowe produkty żywnościowe lub gotowe dania, których punkty gastronomiczne następnego dnia już nie będą mogły sprzedać. Dla przedsiębiorców to dodatkowe źródło przychodów i oszczędność kosztów związanych z utylizacją produktów. Finalnie znacznie mniej jedzenia trafia na śmietnik.

Zainteresowanie po stronie sklepów i restauracji jest coraz większe, ponieważ edukacja rynku postępuje. Na początku, kiedy startowaliśmy, wyglądało to trochę inaczej. Wtedy nasi potencjalni partnerzy czuli się wręcz obrażeni tym, że sugerujemy, iż u nich się coś wyrzuca. Natomiast w tej chwili jesteśmy coraz popularniejszym narzędziem – mówi współzałożyciel Foodsi. – Udało nam się uratować już bardzo dużo jedzenia. Nasze lokale partnerskie chętnie korzystają z aplikacji. Niebawem przekroczymy milion uratowanych paczek żywnościowych, co zajęło nam dwa lata pracy, ale myślę, że kolejny milion zamknie się w kilka miesięcy.

Jak wskazuje, liczba użytkowników aplikacji mobilnej Foodsi sukcesywnie rośnie. To głównie mieszkańcy dużych miast, bo na nich skupia się działalność start-upu, ale niebawem się to zmieni.

– Będziemy docierać również do mniejszych miejscowości, które też mają na swojej mapie piekarnie, kawiarnie, restauracje czy sklepy, w których istnieje problem marnowania żywności – zapowiada Mateusz Kowalczyk. – W ostatnim czasie trochę inaczej spoglądamy na rynek. Rozmawiamy z wieloma producentami różnych biznesów, bo widzimy, że coraz więcej zasobów jest spisanych na straty. Dlatego zaczęliśmy ratować również kwiaty, które więdną w kwiaciarniach, a wciąż mogą udekorować czyjś salon, jedzenie dla zwierząt czy kosmetyki z różnych drogerii, które też mają określoną datę przydatności.

Niedawno start-up pozyskał 6 mln zł finansowania, które zapewniły m.in. fundusze CofounderZone i Satus Starter oraz inwestorzy prywatni – w tym założyciele Pyszne.pl. Zastrzyk finansowania ma pomóc w dalszym rozwoju aplikacji, pozyskiwaniu nowych lokali i zwiększeniu dotarcia w Polsce, a także przygotowaniu do zagranicznej ekspansji.

– Plany na dalszy rozwój to przede wszystkim docieranie do coraz większej liczby miejsc, które ratują jedzenie, jak i użytkowników, którzy będą je ratować. Chcemy to robić coraz szerzej, docierać do większej liczby mniejszych miast, a w dalszej kolejności na kolejne rynki – zapowiada współzałożyciel Foodsi.

Odpady z energetyki mogą wracać do obiegu. Nowe centrum badawcze PGE zbada ponowne wykorzystanie...

W elektrowniach i elektrociepłowniach należących do Grupy PGE tylko w 2020 roku zostało wytworzonych w sumie 4,33 mln t popiołów, żużli i gipsów z instalacji odsiarczania spalin. Zamiast skończyć jako odpad, mogą być z powodzeniem przetworzone na pełnowartościowe produkty i wykorzystane np. w budownictwie czy górnictwie. PGE właśnie otworzyła w Bełchatowie ośrodek badawczy, który – zgodnie z ideą gospodarki obiegu zamkniętego – ma opracowywać i wdrażać metody ponownego zagospodarowania odpadów poprzemysłowych z energetyki i surowców z wyeksploatowanych instalacji OZE. – To pierwsze tego typu centrum w Polsce – mówi Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej. 

 Gospodarka obiegu zamkniętego ma na celu zagospodarowanie ubocznych produktów spalania i produktów OZE, które już nie będą eksploatowane, żeby nadać im drugie życie, przywrócić do obiegu – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Dąbrowski. – Dzięki temu, że zwrócimy do obiegu coś, co już raz zostało w energetyce wykorzystane, zaoszczędzimy emisję gazów cieplarnianych.

Uboczne produkty spalania (UPS) są efektem produkcji energii elektrycznej i ciepła w jednostkach wytwórczych wykorzystujących paliwa kopalne. Zamiast skończyć jako odpad, mogą być z powodzeniem przetworzone na pełnowartościowe produkty handlowe. Zagospodarowanie UPS – zgodnie z ideą gospodarki obiegu zamkniętego – to bardzo ważny element działalności Grupy PGE, która 16 grudnia otworzyła w Bełchatowie swoje Centrum Badań i Rozwoju Gospodarki Obiegu Zamkniętego.

– Centrum będzie pełniło rolę bardzo nowoczesnego laboratorium, w którym będziemy badać, jak można wykorzystać uboczne produkty spalania i elementy już nieużytkowane, czyli np. łopaty ze śmigieł wiatraków lądowych bądź morskich, jak odzyskać metale szlachetne czy surowce i powtórnie użyć ich w gospodarce – mówi prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

– To unikalne miejsce w skali kraju ze względu na połączenie wszystkich funkcji, które są konieczne do tego, abyśmy odzyskiwali surowce w ramach gospodarki obiegu zamkniętego: począwszy od laboratoriów, czyli od pierwszego stadium w badaniu materiałów, przez pracownie technologiczne, przez kontrole produkcji, aż po dalszy rozwój, weryfikację jakości tych produktów – wyjaśnia Lech Sekyra, prezes zarządu PGE Ekoserwis.

W ramach Centrum GOZ funkcjonują już Dział Badań i Rozwoju (Sekcja Recyklingu i Odzysku Surowców oraz Sekcja Technologii Produkcji), Dział Laboratoriów i Dział Zakładowej Kontroli Produkcji. Inwestycja, którą zrealizowała spółka PGE Ekoserwis, ma stanowić ważny ośrodek rozwoju innowacji i współpracować również z innymi ośrodkami naukowymi.

– W najbliższym okresie planujemy zatrudnić kilkudziesięciu naukowców i laborantów, którzy będą opracowywali nowe receptury i technologie dla produktów powstałych z żużli, popiołów czy gipsu, który powstaje przy odsiarczaniu spalin w naszych instalacjach produkujących energię elektryczną – mówi Wojciech Dąbrowski.

Co roku w elektrowniach i elektrociepłowniach należących do Grupy PGE powstaje kilka milionów ton takich odpadów.

– Jednym z przykładów są materiały budowlane na bazie gipsu syntetycznego – obecnie w Polsce ok. 90 proc. produkcji wyrobów gipsowych odbywa się właśnie na bazie gipsu syntetycznego produkowanego w elektrowniach. Innym przykładem są również spoiwa drogowe, podbudowy pod drogi. Większość autostrad i dróg budowanych w Polsce wykorzystuje takie surowce antropogeniczne, wytworzone wcześniej w innych dziedzinach – mówi Lech Sekyra.

Wykorzystanie UPS-ów przynosi wymierne korzyści dla środowiska, ponieważ odpady nie są składowane, za to z powodzeniem zastępują surowce naturalne (np. gips naturalny, kruszywo), ograniczając tym samym ich wydobycie i emisje, które temu towarzyszą. Co istotne, wykorzystanie takich produktów obniża też koszt wielu krajowych inwestycji jak np. budowy dróg, autostrad, nasypów kolejowych czy portów lotniczych.

– To wpływa na ekonomię projektów, ponieważ jeśli raz wytworzony produkt można ponownie wykorzystać, to on jest po prostu tańszy w eksploatacji – mówi Wojciech Dąbrowski.

Strategia Grupy PGE zakłada osiągnięcie neutralności klimatycznej najpóźniej do 2050 roku. Ważnym elementem realizacji tego planu jest właśnie wdrożenie GOZ we wszystkich obszarach jej działalności. Za realizację związanych z tym zadań odpowiada spółka PGE Ekoserwis, która zagospodarowuje rocznie blisko 7 mln t odpadów i produktów ubocznych z energetyki.

– PGE Ekoserwis już w tej chwili wdraża ponad 200 pełnowartościowych i bezpiecznych produktów bazujących na ubocznych produktach spalania, które są dedykowane różnym branżom: od budownictwa infrastrukturalnego i mieszkaniowego po górnictwo czy rolnictwo – mówi prezes zarządu spółki.

W górnictwie UPS-y służą do zabezpieczania wyrobisk, są również wykorzystywane przy rekultywacji oraz makroniwelacji terenów poprzemysłowych i zdegradowanych, przywracając wielu terenom dawne walory krajobrazowe i przyrodnicze.

– W Bełchatowie i na Śląsku materiały powstające jako uboczne produkty spalania są wzorcowo wykorzystywane do tego, aby przeprowadzać procesy rekultywacyjne i przywracać do użytku te tereny, które zostały zdegradowane wcześniejszą działalnością gospodarczą – wyjaśnia Lech Sekyra. – Przykładem może być Góra Kamieńska i to, w jaki sposób odpady z wydobycia zostały wykorzystane w celu zagospodarowania tego terenu, stworzenia nowego ekosystemu i przestrzeni rekreacyjnej dla mieszkańców.

Jak podkreśla prezes PGE, lokalizacja nowej inwestycji w Bełchatowie jest nieprzypadkowa i stanowi kolejny dowód zaangażowania Grupy PGE w transformację tego regionu.

W przyszłości elektrownia w Bełchatowie nie będzie już produkowała energii w oparciu o węgiel brunatny. To nastąpi wprawdzie dopiero za kilkanaście lat, ale musimy już dzisiaj myśleć o przyszłości. Dlatego w ubiegłym roku powołaliśmy Centrum Rozwoju Kompetencji, w którym nasi pracownicy są kształceni i zdobywają nowe zawody przyszłości na czas, kiedy węgiel nie będzie już w tym regionie wydobywany. Z kolei Centrum Badań i Rozwoju GOZ ma na celu właśnie zoptymalizowanie, ulepszenie możliwości wykorzystywania ubocznych produktów powstających przy produkcji energii elektrycznej powtórnie w gospodarce. Zapewni też w regionie Bełchatowa nowe miejsca pracy – mówi Wojciech Dąbrowski. 

Stay connected

0FansLike
0FollowersFollow
0SubscribersSubscribe

Latest article

Do 2026 roku Grupa PGE schowa pod ziemię co najmniej 30 proc. linii średniego...

Grupa PGE prowadzi strategiczny dla polskiej energetyki program kablowania sieci średniego napięcia (SN). Do 2026 roku schowa pod ziemię co najmniej 30 proc. istniejących linii średniego napięcia. W tym celu kupiła pierwszą w Polsce, specjalistyczną maszynę do układania kabli energetycznych pod ziemią bez konieczności robienia wykopów. Dzięki temu czas inwestycji w kablowanie sieci zdecydowanie się skróci.

Jako Grupa PGE realizujemy ogromne wyzwania inwestycyjne, zmierzające do poprawy niezawodności sieci dystrybucyjnej, będącej dzisiaj fundamentem transformacji energetycznej – transformacji, która jest ogromnym wyzwaniem dla polskiej energetyki i tym samym dla polskiej gospodarki. Jednym z takich wyzwań jest strategiczny program kablowania sieci średniego napięcia w Grupie PGE, który realizujemy od czterech lat. Jest to niezbędne do tego, aby podnieść niezawodność i bezpieczeństwo dostaw energii elektrycznej do odbiorców – podkreśla Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Kablowanie linii średniego napięcia, czyli przeniesienie ich pod powierzchnię ziemi, ogranicza do minimum ryzyko awarii i uszkodzeń spowodowanych działaniem warunków atmosferycznych. Gwałtowne wichury, intensywne opady śniegu czy ulewne deszcze są bowiem najczęstszą przyczyną nieplanowanych wyłączeń.

 Chowanie w ziemi linii średniego napięcia ma przełożenie przede wszystkim na bezpieczeństwo, ponieważ linia schowana w ziemi jest bardziej bezpieczna dla wszystkich, łącznie z mieszkańcami i samymi energetykami. I po trzecie, ta metoda pozwala powiększyć przekrój linii, które chowamy w ziemi, co przekłada się również na możliwości przyłączania źródeł odnawialnych. – mówi Jarosław Kwasek, prezes zarządu PGE Dystrybucja. 

Na obszarze działania PGE Dystrybucja łączna długość linii energetycznych przekracza 380 tys. km, z czego 115 tys. km stanowią linie średniego napięcia (SN). Spółka dostarcza nimi energię do ponad 5,5 mln odbiorców na terenie wschodniej i centralnej Polski. W tej chwili na obszarze PGE Dystrybucja jest już blisko 26 tys. km skablowanych sieci średniego napięcia, co stanowi prawie 22,5 proc. SN należących do spółki. 

– W 2022 roku schowaliśmy pod ziemię ok. 500 km tych linii, a w 2023 roku planujemy już skablować ok. 2 tys. km, dalej sukcesywnie zwiększając udział tych linii średniego napięcia schowanych w ziemi. To oczywiście przełoży się na wskaźniki jakościowe, na wskaźniki ciągłości dostaw energii do odbiorców końcowych – mówi Jarosław Kwasek.

Grupa PGE realizuje strategiczny dla polskiej energetyki program kablowania sieci średniego napięcia już od czterech lat. To jedno z najważniejszych zadań, jakie stawia sobie spółka. Do 2026 roku PGE planuje zwiększyć udział podziemnych sieci do min. 30 proc.  

 Oznacza to, że w ciągu najbliższych trzech lat na naszym obszarze dystrybucyjnym skablujemy ponad 9 tys. km sieci, przy jednoczesnym demontażu blisko 7 tys. km istniejących linii napowietrznych mówi Wojciech Dąbrowski.

– Do tej pory realizowaliśmy te zadania metodą klasyczną, odkrywkową, czyli najpierw wykop, wykonanie odpowiednich podsypek, kabel był cięty, łączony, mufowany, więc cały ten proces się wydłużał – mówi prezes zarządu PGE Dystrybucja. 

Teraz mocno przyspieszy go nowoczesna, specjalistyczna maszyna do układania kabli energetycznych pod ziemią (zestaw składa się z dwóch współpracujących ze sobą pojazdów), którą nabyła Grupa PGE.

Na potrzeby realizacji programu zakupiliśmy pierwszą w Polsce, specjalistyczną, nowoczesną maszynę, która jest w stanie ułożyć nawet 5 km linii kablowej dziennie. Pozwala to na zdecydowane przyspieszenie realizacji inwestycji. Wymierną korzyść stanowią także niższe koszty niż w przypadku tradycyjnej metody układania kabli – dodaje prezes PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Jak podaje Grupa PGE, inwestycje w zakresie kablowania sieci średniego napięcia są wspierane przez środki pochodzące z nowej emisji akcji o wartości 3,2 mld zł, przeprowadzonej przez PGE w 2022 roku. Połowa tych środków została przeznaczona na inwestycje w infrastrukturę sieciową, związane z transformacją energetyczną.

Rośnie popyt na elastyczne, współdzielone biura. Sprzyja temu recesja i rynkowa niepewność

– Popyt na elastyczne biura przyspiesza. JLL i Savills przewidują, że docelowo zapotrzebowanie na takie rozwiązania wzrośnie do 20–30 proc. całego rynku biurowego. Pozostaje pytanie, jak szybko uda się osiągnąć taki udział – mówi Hubert Abt, dyrektor generalny New Work Offices. Wzrostom na tym rynku sprzyja w tej chwili m.in. rosnąca popularność pracy zdalnej i hybrydowej oraz recesja i szybko zmieniające się otoczenie biznesowe, które wymusza na firmach większą elastyczność. Nowością na tym rynku są również usługi świadczone bez umowy, w modelu abonamentowym, podobnie jak np. w przypadku Netflixa. 

– Recesja sprzyja elastycznym rozwiązaniom biurowym, ponieważ w takim okresie wzrasta niepewność, a w przypadku braku planu długoterminowego nie należy podpisywać umów najmu na dłuższe okresy. W przeszłości gospodarka współdzielenia korzystała na recesji. Obecnie, kiedy elastyczne powierzchnie biurowe zyskują na popularności, widzimy wzrost zapotrzebowania na wszystkich rynkach w Europie, USA i Azji oraz towarzyszący temu wzrost cen – mówi agencji Newseria Biznes Hubert Abt, dyrektor generalny New Work Offices i workcloud24.

Z opracowanego przez New Work „Flex Solutions in Recession 2023” wynika, że w poprzedniej dekadzie rynek elastycznych biur rósł średnio o 30 proc. r/r, aż do wybuchu pandemii COVID-19, która na chwilę zastopowała jego rozwój. Jednak już w 2021 roku, wraz ze wzrostem popularności pracy zdalnej i hybrydowej, przyszło kolejne ożywienie. Z przytaczanego w ubiegłorocznym raporcie New Work „Flex Office Market Report 2022” badania DESKMAG wynika, że w listopadzie 2021 roku 79 proc. operatorów elastycznych biur określiło swoją sytuację biznesową jako zadowalającą. 62 proc. z nich zanotowało poprawę swojej sytuacji w ciągu ostatnich trzech miesięcy poprzedzających badanie, a 41 proc. spodziewało się dalszych wzrostów.

W tej chwili udział elastycznych biur w całym rynku biurowym w Europie Środkowo-Wschodniej wynosi ok. 3–4 proc.

W Warszawie mówimy obecnie o udziale rzędu 2–4 proc. we wszystkich zasobach powierzchni biurowych na tutejszym ryku. W miastach takich jak Londyn czy Amsterdam ten udział wynosi znacznie powyżej 10, nawet do 15 proc. Jones Lang LaSalle przewiduje, że docelowo zapotrzebowanie na takie elastyczne rozwiązania sięgnie ok. 30 proc. całego rynku, według prognoz Savills będzie to ok. 20 proc. Pozostaje pytanie, jak szybko uda się osiągnąć taki udział – mówi Hubert Abt.

Rozwiązania typu flex dostosowują się do zmian lepiej niż tradycyjne biura. Pozwalają także uniknąć dużych wzrostów kosztów związanych chociażby z rosnącymi cenami energii. Klienci wybierają je coraz chętniej, bo poza wygodą, natychmiastową dostępnością i elastycznymi warunkami najmu nie wymagają nakładów inwestycyjnych.

Akceptacja dla takich elastycznych rozwiązań z upływem czasu diametralnie się zmieniła. Wcześniej korzystały z nich głównie małe i średnie przedsiębiorstwa potrzebujące do 20 stanowisk pracy. Teraz, od półtora roku–dwóch lat mamy coraz więcej dużych klientów korporacyjnych, którzy stawiają na elastyczne przestrzenie biurowe – mówi dyrektor generalny New Work Offices, operatora elastycznych biur, który od 10 lat działa w regionie Europy Środkowo-Wschodniej i zarządza 15 lokalizacjami w Polsce, Bułgarii i na Węgrzech.

Jak ocenia, rosnące zapotrzebowanie na elastyczne biura wynika również z faktu, że ludzie przyzwyczaili się do zalet sharing economy, czyli ekonomii współdzielenia, w wielu dziedzinach życia. Sukces Ubera, Netflixa czy Airbnb spowodował, że coraz chętniej korzystają również ze współdzielonych biur. 

– Gospodarka współdzielenia zaczyna dominować i charakteryzuje się wyjątkowym tempem wzrostu, teraz także przy wsparciu cyfryzacji i zachowaniu zgodności z regulacjami dotyczącymi środowiska naturalnego, społeczeństwa i ładu korporacyjnego – mówi Hubert Abt.

Dyrektor generalny New Work Offices prognozuje, że gdy tylko branża współdzielonych biur przekształci swój obecny produkt „przestrzeń jako biuro” i zacznie oferować rozwiązania typu „przestrzeń jako usługa”, klienci będą korzystać z nich w ten sam sposób, w jaki korzystają dziś np. z carsharingu czy streamingu wideo.

– Jest nowy trend polegający na tym, że – podobnie do usług w chmurze w formie streamingu, takich jak Netflix – w przypadku przestrzeni biurowej nie podpisuje się umowy najmu określonej przestrzeni, ale umowę o świadczenie usług. Następnie korzysta się z aplikacji mobilnej i rezerwuje przestrzeń w zależności od zapotrzebowania – może to być sala spotkań, oddzielne biuro lub biurko do pracy – mówi ekspert.

Wzrost cen energii skłania firmy do wymiany oświetlenia. W niektórych sektorach odpowiada ono za...

Światowy rynek energooszczędnych technologii oświetleniowych do końca dekady zwiększy swoją wartość niemal dwukrotnie – przewidują analitycy Precedence Research. Inwestowaniu w rozwiązania efektywne energetycznie sprzyjają rosnące w  szybkim tempie ceny energii. Skłania to firmy do szukania oszczędności w największych wydatkach, a koszty oświetlenia mogą stanowić nawet 80 proc. kosztów przedsiębiorstwa. Rosnące ceny energii znacząco skracają teraz okres zwrotu tego typu inwestycji.

– Na przestrzeni minionych lat możemy zaobserwować wzrost zapotrzebowania na energię elektryczną, w tym również na energię wykorzystywaną do instalacji oświetleniowych. świetlną. Przykładem może być rok 2021, gdzie ten wzrost wyniósł około 9 proc. Przyczyniła się też do tego sytuacja gospodarcza, ale też pandemiczna, która wymusiła na pewnych sektorach rynku wzrost zapotrzebowania na usługi e-commerce’owe – mówi w wywiadzie dla agencji Newseria Innowacje Paweł Boryś, business development manager w TRILUX Polska.

Jak wskazuje ekspert branży oświetleniowej, za przykład może posłużyć popyt na powierzchnie magazynowe, który – według danych Cushman & Wakefield – wzrósł w ciągu trzech kwartałów 2022 roku o 7 proc. r/r do poziomu 5,4 mln mkw. Co kwartał przybywa na rynku 1 mln mkw. nowych powierzchni w sektorze, a to oznacza zwiększone zapotrzebowanie na oświetlenie. Ze względu na bezprecedensowy wzrost kosztów energii elektrycznej w ciągu ostatnich miesięcy przedsiębiorcy szukają oszczędności również w tym obszarze.

– Na przestrzeni ostatniego roku wzrost ten był na poziomie 400 proc. Przedsiębiorcy i indywidualni konsumenci coraz bardziej próbują uniezależnić się od dostawców poprzez rozwiązania odnawialnych źródeł energii, czy to poprzez energię słoneczną, czy poprzez energię wiatrową. Ale też szczególną uwagę zwracają na koszty energii zużywanej przez oświetlenie, które stanowią ok. 15 proc. wartości całych kosztów energii elektrycznej. Ten udział zależy od sektora, bo w powierzchniach magazynowych wynosi nawet do 80 proc. całkowitych kosztów energii – mówi Paweł Boryś. – Dużo się mówi o ograniczeniu produkcji energii z paliw kopalnych: gazu czy węgla na korzyść OZE, natomiast bardzo mało się mówi o poszanowaniu energii i o efektywnym jej wykorzystywaniu.

Jak podkreśla, to właśnie w przemyśle możliwe jest najbardziej efektywne zmniejszenie zużycia energii. I to firmy z tego sektora, zwłaszcza przemysłu produkcyjnego, najczęściej decydują się na inwestycje w modernizację oświetlenia i innych instalacji elektrycznych.

– Przykładem mogą być ponownie przestrzenie magazynowe, gdzie osiągnęliśmy oszczędności zużycia energii na poziomie 80 proc. przy pracy przedsiębiorstwa 24 godziny na dobę – mówi ekspert firmy TRILUX.

Tego typu rozwiązania zostały zastosowane przez TRILUX w krakowskim biurowcu V.Offices. Firma dostarczyła do niego ponad 1,5 tys. opraw do oświetlenia zewnętrznego i wewnętrznego. Do zwiększenia efektywności energetycznej przyczynia się nie tylko wysoka wydajność nowych lamp opraw, lecz także system zarządzania nimi. Sterowanie oświetleniem w częściach wspólnych połączone jest z czujnikami ruchu. Oświetlenie zewnętrzne opiera się na czujnikach zmierzchowych, ograniczających do minimum zanieczyszczenie światłem. Co więcej, oświetlenie zostało zintegrowane z elektrozaworami w toaletach. W przypadku braku oświetlenia odcinany jest całkowity dopływ wody.

– Stosujemy rozwiązania, które jak najmniej ingerują w infrastrukturę elektryczną istniejącą w obiekcie, nawet do tego stopnia, że nie przerywamy cyklu produkcyjnego czy cyklu życia obiektu, wykonujemy po prostu te prace w godzinach nocnych czy w przerwach technologicznych danego przedsiębiorstwa – mówi Paweł Boryś.

Wysoka dynamika wzrostu cen energii, niekorzystna z punktu widzenia kosztów utrzymania budynków, korzystnie wpływa na stopę zwrotu inwestycji. Oszczędności, wynikające z ograniczenia zużycia energii w poszczególnych okresach rozliczeniowych, będą bowiem rosły wraz ze wzrostem stawek.

– Poprzez nieustający wzrost ceny energii te oszczędności stają się coraz większe i czas zwrotu staje się coraz krótszy – podkreśla business development manager w TRILUX Polska. – Zwrot inwestycji w zależności od stosowanej aplikacji i od segmentu rynku możemy szacować na tę chwilę przy obecnych stawkach kosztu energii nawet poniżej roku. Pracujemy obecnie nad projektem, gdzie obiekt funkcjonuje w trzyzmianowej formule pracy, czyli 24 godziny na dobę, przez 360 dni w roku, i okres zwrotu na tej inwestycji wynosi dziewięć miesięcy.

Firmy, które mimo to nie mogą pozwolić sobie na dużą inwestycję w modernizację systemów oświetleniowych, mogą skorzystać z formuły Light as a Service opartej na idei współdzielenia. W tej usłudze koszt projektu, instalacji i utrzymania LED-owego oświetlenia ponosi dostawca, pozostając teoretycznie jego właścicielem, a klient płaci miesięczny abonament za użytkowanie, określony na podstawie planowanego czasu wykorzystania instalacji. Z danych TRILUX wynika, że większość firm, która korzysta z tego modelu, po okresie wynajmu decyduje się na zakup instalacji. Drugą opcją jest odnowienie umowy i wymiana instalacji na nową. Co istotne, w takim modelu dostawca instalacji zajmuje się także utylizacją i recyklingiem starych opraw oświetleniowych.

Według Precedence Research światowy rynek energooszczędnych technologii oświetleniowych zamknie 2022 rok z przychodami przekraczającymi poziom 216 mld dol. Do 2030 roku wartość rynku przekroczy 406 mld dol.