Elektryfikacja floty będzie wyzwaniem dla warsztatów i producentów części zamiennych. Popyt na klasyczne komponenty...

0

Dopiero w 2038 roku po europejskich drogach będzie jeździć więcej elektryków niż samochodów spalinowych – wynika z prognoz kancelarii Roland Berger i Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Części Motoryzacyjnych CLEPA. Rynek części zamiennych i warsztatów musi jednak już dziś się przygotować na znaczące przyspieszenie elektryfikacji, która pociągnie za sobą spadek popytu na klasyczne komponenty. Z drugiej strony musi być także gotowy na konieczność równoległej obsługi jeszcze przez wiele lat floty spalinowej oraz elektrycznej. Chociaż nadchodzące lata będą okresem dużych zmian i wyzwań, to rynek widzi też dla siebie szanse.

– Od 2035 roku spodziewamy się wprowadzenia zakazu sprzedaży samochodów z silnikami spalinowymi. To oznacza, że w Polsce, Francji czy Niemczech sprzedawane będą już tylko samochody elektryczne. Sądzę jednak, że będą wtedy współistniały dwa rodzaje rynków. Niezależnie od kraju w dużych miastach – takich jak Warszawa, Paryż czy Berlin – prawdopodobnie pojawią się strefy niskich emisji, a mieszkańcy będą musieli jeździć pojazdami ekologicznymi. Restrykcje uniemożliwią wjazd do takich stref pojazdów silnie zatruwających powietrze. Z drugiej strony będą strefy poza miastem, gdzie będzie większa liczba samochodów z silnikami spalinowymi. Nawet jeśli ostatnie z nich zostaną sprzedane w 2035 roku, to one będą mogły jeździć po ulicach jeszcze przez 20–25, może 30 lat – mówi agencji Newseria Biznes Matthieu Simon, partner w kancelarii doradztwa strategicznego Roland Berger w Paryżu.

Parlament Europejski w połowie lutego br. zagłosował za wprowadzeniem przepisów, zgodnie z którymi od 2035 roku producenci aut będą mogli wprowadzać na rynek UE jedynie pojazdy bezemisyjne, głównie na prąd lub wodór. Dotyczy to jednak tylko nowych samochodów. Po 2035 roku zarejestrowane już wcześniej samochody z silnikami benzynowymi i diesle będą mogły być wykorzystywane i odsprzedawane dalej aż do kresu ich żywotności. W UE ta średnia żywotność samochodu wynosi jednak około 15 lat, dlatego Komisja Europejska chce zacząć zmiany już w 2035 roku, żeby do 2050 roku wszystkie samochody były neutralne pod względem emisji CO2. Ma to umożliwić UE dojście do neutralności klimatycznej w założonym terminie.

Obecnie wprowadza się regulacje na poziomie europejskim, lokalnym i krajowym, strefy niskiej emisji, zachęty – wszystko po to, żeby ulicami jeździło więcej elektryków. W efekcie widzimy wzrost penetracji rynku przez pojazdy elektryczne, co stopniowo przełoży się też na obecność elektryków na rynku wtórnym – mówi Matthieu Simon.

Z danych ACEA wynika, że w I półroczu br. udział elektryków w łącznej sprzedaży nowych samochodów osobowych na europejskim rynku wyniósł 12,9 proc. (wobec 9,9 proc. przed rokiem). Najczęściej odbywa się to „kosztem” diesli, których udział w ciągu roku spadł z 17,4 do 14,5 proc. W Polsce w pierwszym półroczu tego roku BEV-y stanowiły zaledwie 3,6 proc. wszystkich nowo zarejestrowanych osobówek. Ich liczba szybko rośnie – w ciągu 10 miesięcy tego roku na polskim rynku zarejestrowano blisko 19 tys. nowych elektryków, co stanowi aż 55-proc. wzrost względem analogicznego okresu rok wcześniej.

Z raportu opublikowanego przez kancelarię Roland Berger i CLEPA (Europejskie Stowarzyszenie Producentów Części Motoryzacyjnych) wynika, że ta transformacja rynku spowoduje spadek na europejskim rynku wtórnym. Wielu producentów części i podzespołów oraz warsztatów mechanicznych obecnie nastawionych jest przede wszystkim na klasyczną motoryzację, a pojazdy w pełni elektryczne (BEV) mają o ok. 30 proc. mniejsze zapotrzebowanie na te komponenty. W zależności od scenariusza i przyjętego tempa elektryfikacji eksperci oceniają, że popyt na rynku obniży się o 13–17 proc. do 2040 roku. Najbardziej dotknięte spadkami kategorie produktów to silnik spalinowy i układ napędowy.

Wyzwaniem będzie także to, że przez długi czas rynek wtórny będzie obsługiwać zarówno pojazdy elektryczne, jak i spalinowe, nawet po 2035 roku. Eksperci Rolanda Bergera i CLEPA na postawie swoich scenariuszy oszacowali, że w 2030 roku pojazdy BEV będą mieć w sprzedaży od 53 do 82 proc.. Do tego dochodzi także cała flota pojazdów spalinowych, które zostaną zarejestrowane przed 2035 rokiem i będą użytkowane wiele lat po nim.

Prognozy na rok 2040 mówią o tym, że tylko połowa wykorzystywanej floty będzie elektryczna, a druga połowa pozostanie spalinowa. Oznacza to, że rynek wtórny wciąż ma czas, aby przygotować się do nowej sytuacji, doposażyć się, przeszkolić mechaników – wymienia ekspert Rolanda Bergera. – Widzimy też nie tylko minusy, ale także plusy upowszechnienia samochodów elektrycznych. Na przykład w tym, że produkujemy i regenerujemy, ale też działamy poprzez recykling.

Szczególnie ważne dla graczy na rynku wtórnym będzie rozwinięcie możliwości regeneracji elementów. O tym już dzisiaj wiele się mówi w kontekście zazieleniania motoryzacji. Jak podkreślali eksperci podczas Kongresu Przemysłu i Rynku Motoryzacyjnego, organizowanego przez SDCM, podczas regeneracji ograniczana jest produkcja materiałów służących do tworzenia nowych podzespołów. Zużycie surowców w procesie regeneracji jest od 50 do 90 proc. niższe niż w przypadku produkowania nowej części zamiennej od podstaw. Z badania Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Części Motoryzacyjnych wynika, że fabryczna regeneracja części pozwoliła w 2020 roku zmniejszyć emisję dwutlenku węgla o 800 tys. t, co jest odpowiednikiem emisji śladu węglowego pozostawionego przez 120 tys. statystycznych mieszkańców Unii Europejskiej.

Eksperci oceniają, że na znaczeniu zyskają także usługi konserwacji zapobiegawczej, naprawy systemów baterii, nowe rozwiązania diagnostyczne dla warsztatów, w szczególności w przypadku wymagającego oprogramowania i zarządzania danymi pojazdów elektrycznych z akumulatorem z nową elektroniką i platformami łączności. Warsztaty mogą się pozycjonować jako specjaliści od pojazdów z napędem elektrycznym i oferowania usług warsztatom ogólnym w swojej okolicy. Z kolei dystrybutorzy części będą mogli pomóc w zarządzaniu zużytymi komponentami, stając się dostawcami materiałów.

Wartość europejskiego rynku wtórnego części przeznaczonych do pojazdów BEV eksperci szacują na ok. 6–7 mld euro.

Cały rynek wtórny był w ostatnim roku dość popularny, jego wartość sięgnęła blisko 100 mld euro. Rynek skorzystał na wzrostach inflacji w 2022 i 2023 roku. Według prognoz w przyszłości będzie rósł o ok. 2 proc. rocznie aż do 2030 roku – mówi Matthieu Simon.

Coraz więcej inicjatyw na rzecz zmniejszenia zanieczyszczenia plastikiem. Branża opakowaniowa szuka alternatyw dla tego...

0

Odpady opakowaniowe stanowią potężny problem dla środowiska, a ich ilość rośnie wraz ze wzrostem konsumpcji oraz popularności internetowego handlu. Na walkę z problematycznym plastikiem i odpadami opakowaniowymi z tworzyw sztucznych nakierowanych jest jednak coraz więcej inicjatyw na forum UE i ONZ, w tym m.in. unijna dyrektywa w sprawie opakowań i odpadów opakowaniowych (PPWR), która ma przybliżyć kraje członkowskie do wdrożenia GOZ, czy porozumienie End Plastic Pollution, sygnowane przez 175 państw świata. Rośnie również świadomość samych konsumentów, którzy przykładają coraz większą wagę do aspektów związanych z ekologią. Wszystko to skłania producentów do coraz większej odpowiedzialności za opakowania wprowadzane na rynek i szukania innowacyjnych, bardziej przyjaznych dla środowiska rozwiązań.

– Potrzebujemy radykalnej zmiany w podejściu do opakowań, bo  stanowią one źródło ogromnego zanieczyszczenia. To jest zresztą nie tylko kwestia zanieczyszczenia środowiska opakowaniami, których jako konsumenci używaliśmy przykładowo przez 20 sekund, ale też produkcji ogromnej ilości tworzyw sztucznych, której moglibyśmy uniknąć – mówi agencji Newseria Biznes Maria Andrzejewska, dyrektorka generalna UNEP/GRID-Warszawa. – Często podnoszony jest argument, że dzięki dużej ilości opakowań możemy zmniejszyć straty żywności. Patrząc na statystyki, mimo wzrostu ilości opakowań te straty żywności ciągle są na poziomie bardzo wysokim, około 30 proc.

Zanieczyszczenie plastikiem jest w tej chwili jednym z największych problemów środowiskowych. Jak podaje WWF, w ciągu ostatnich 65 lat produkcja tego surowca wzrosła z 2 mln t do 348 mln t rocznie (z czego ok. 58 mln t przypada na Europę). Każdego roku ponad 8 mln t plastiku trafia do mórz i oceanów – to tak, jakby co minutę wrzucać do wody całą śmieciarkę odpadów. Około połowy z nich stanowią produkty i opakowania jednorazowego użytku.

– W ten sposób nie tylko zanieczyszczamy morza i oceany, ale też wytwarzamy coraz więcej gazów cieplarnianych, wpływając na zmianę klimatu. A jednocześnie niszczymy środowisko przyrodnicze, bo chyba każdy z nas miał już do czynienia z obrazami zwierząt, które zginęły po zetknięciu się z plastikowymi odpadami – mówi Maria Andrzejewska.

Jak podaje WWF, ok. 40 proc. całkowitej produkcji plastiku przypada na opakowania. Według danych GUS na polski rynek wprowadzono w 2020 roku aż 6,5 mln ton opakowań i ta liczba stale rośnie. Przeciętny Europejczyk wytwarza rocznie ponad 188 kg odpadów opakowaniowych, ale statystyki pokazują, że w latach 2009–2019 ilość wytwarzanych odpadów opakowaniowych na terenie UE wzrosła o ponad 1/5, przy czym w największym stopniu (o 26,4 proc.) wzrosła właśnie ilość odpadów opakowaniowych z plastiku. Do 2030 roku spodziewane są dalsze wzrosty – do poziomu 209 kg na osobę.

Coraz większa świadomość środowiskowa konsumentów, jak i unijne regulacje – w tym m.in. przyjęty w 2018 roku tzw. pakiet odpadowy, który ma przybliżyć państwa UE do wdrożenia gospodarki o obiegu zamkniętym (GOZ) – skłaniają jednak producentów do coraz większej odpowiedzialności za opakowania wprowadzane na rynek i szukania nowych, bardziej przyjaznych dla środowiska rozwiązań.

Motorem innowacji w obszarze opakowań jest z pewnością coraz większa świadomość społeczeństwa i regulatorów, związana z ogromną ilością mikroplastików, które znajdują się w środowisku i wpływają na nasze zdrowie, a także rosnąca świadomość postępujących zmian klimatu, które są nierozerwalnie powiązane ze zbyt dużą produkcją i konsumpcją opakowań – mówi dr inż. Agnieszka Sznyk z Instytutu Innowacji i Odpowiedzialnego Rozwoju. – Obecnie na poziomie Komisji Europejskiej są dyskutowane i wprowadzane nowe rozwiązania prawne, które mają skłonić producentów do zmiany surowca, z którego wytwarzane są opakowania.

UE jest w tej chwili bliska uzgodnienia kształtu nowelizacji dyrektywy PPWR – Packaging and Packaging Waste Regulation, która ma przede wszystkim ograniczyć ilość odpadów opakowaniowych i jeszcze bardziej przybliżyć kraje członkowskie do wdrożenia GOZ. Europarlament proponuje wyznaczenie szczegółowych celów redukcji odpadów opakowaniowych z tworzyw sztucznych (do 10 proc. do 2030 roku, 15 proc. pięć lat później i 20 proc. do 2040 roku).

Ważnym surowcem w produkcji opakowań jest papier. Sam jego charakter sprzyja wykorzystaniu go w obiegu zamkniętym – można go produkować, odzyskiwać i wykorzystywać ponownie. W tej chwili ok. 82 proc. materiałów takich jak papier czy tektura falista pochodzi z recyklingu, dzięki czemu powstaje system obiegu zamkniętego, który pozwala na ponowne wykorzystanie surowców bez zanieczyszczania środowiska – mówi Reinier Schlatmann, prezes zarządu DS Smith w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

W tej chwili w opakowaniach pojawia się bardzo dużo nowych rozwiązań, innowacyjnych technologii, materiałów. To nie musi być tylko plastik, ale przede wszystkim materiały oparte na biomateriale, na różnego rodzaju bioodpadach, które zostają z naszej kuchni czy restauracji, ponieważ technologie pozwalają na przekształcenie tego rodzaju surowca, biomasy w opakowania. Jednym z przykładów są fusy z kawy, z której możemy produkować również opakowania i coraz więcej tego typu rozwiązań pojawia się na rynku. Również możemy wykorzystać grzybnię i już teraz są firmy, które ją produkują, a następnie przekształcają w różnego rodzaju surowce do produkcji tekstyliów czy właśnie opakowań – tłumaczy Agnieszka Sznyk.

Także DS Smith, jeden z największych producentów ekologicznych opakowań, w ramach swojego wartego ok. 100 mln funtów planu badań i rozwoju poszukuje coraz nowszych rozwiązań, które zastąpią tworzywa sztuczne w produkcji opakowań. Są wśród nich m.in. słoma, łupiny kakaowe, wodorosty, odpady rolnicze, a nawet stokrotki, których włókna mogą zwiększać wydajność papieru. Takie pilotażowe projekty są prowadzone m.in. ze szwedzkim The Research Institute of Sweden (RISE) W ramach strategii zrównoważonego rozwoju firma zamierza do 2025 roku wyeliminować ze sklepowych półek co najmniej miliard opakowań z tworzyw sztucznych. 

Bardzo ważne w procesie eliminowaniu plastiku i zastępowania go papierem jest przyjrzenie się całemu procesowi projektowania opakowania. Dlatego wspólnie z Ellen MacArthur Foundation stworzyliśmy wskaźniki projektowania dla obiegu zamkniętego (CDM – Circular Design Metrics), które obejmują wiele różnych aspektów, pozwalając naszym klientom ocenić, na ile  stosowane przez nich opakowania są przyjazne dla środowiska – mówi Reinier Schlatmann. – Jednym z niedawnych przykładów podjęcia decyzji przez naszego klienta o zamianie opakowania na kartonowe są truskawki. Dotychczas można je było znaleźć na półce w plastikowym opakowaniu. Dzisiaj możemy zastąpić ten plastik kartonową podstawką, którą potem będzie można wykorzystać ponownie.

Prośrodowiskowy postęp w branży opakowaniowej widać gołym okiem – w restauracjach na wynos nie ma już jednorazowych naczyń z plastiku, a zamawiając mrożoną kawę, dostajemy papierową słomkę. Wciąż jest jednak wiele do zrobienia, co widać chociażby na sklepowych półkach ze środkami czystości, słodyczami czy napojami bezalkoholowymi.

W ostatnim czasie nawiązaliśmy współpracę z jednym z wiodących producentów napojów gazowanych, który korzystał wcześniej z plastikowej folii termokurczliwej do pakowania wielopaków dużych butelek. My zastąpiliśmy ją uchwytem z tektury falistej, nadającym się w 100 proc. do recyklingu, który jednocześnie ułatwia transport produktów. Wdrożenie tego rozwiązania pozwoli ograniczyć zużycie plastiku w samej tylko Austrii aż o 200 t rocznie – mówi prezes DS Smith w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. – Warto także wspomnieć o kanale e-commerce, w którym kwestie środowiskowe odgrywają kluczową rolę. Jakże często zakupione online produkty, które trafiają do naszych domów, pakowane są w niewspółmiernie duże opakowania. W niedawno przeprowadzonym badaniu policzyliśmy, że tylko w Polsce w zbyt dużych paczkach przewozi się rocznie aż 40 mln m3 zbędnego powietrza. Odpowiednio projektując opakowania, możemy się pozbyć większości tego naddatku.

Z badań zleconych przez firmę DS Smith wynika, że 40 proc. polskich konsumentów zdarza się odbierać paczki, które są zbyt duże w stosunku do wysłanego produktu.

– Ściśle współpracujemy z naszymi klientami, spotykamy się razem w pracowni i wspólnie staramy się przyjrzeć projektowi opakowania pod kątem zastosowania mniejszej liczby materiałów czy optymalizacji przestrzeni – dodaje Reinier Schlatmann

Wspomniana PPWR ma m.in. nałożyć na sprzedawców internetowych obostrzenia dotyczące pakowania produktów w źle dopasowane, za duże opakowania. W ten sposób UE chce zmniejszyć pustą przestrzeń w paczkach, a ponadto zakazać wprowadzania na rynek paczek, które mają podwójne ściany, fałszywe dna czy inne elementy mające na celu stworzenie wrażenia zwiększonej objętości produktu.

Podobne cele ma również inicjatywa ONZ – End Plastic Pollution. To porozumienie 175 państw, które zadeklarowały, że wypracują konwencję wymierzoną w zanieczyszczenia plastikiem. Ma ona dotyczyć pełnego cyklu życia plastiku – jego produkcji, projektowania i utylizacji.

Inicjatywa End Plastic Pollution została powołana do życia przez UNEP/GRID Warszawa na początku 2023 roku jako odpowiedź na działania realizowane przez ONZ na poziomie globalnym. Mówimy o tzw. Plastic Treaty, czyli globalnym traktacie plastikowym, który ma na celu zatrzymanie zanieczyszczenia tworzywami sztucznymi do 2040 roku. Oczekiwania i cele są takie, że to prawo międzynarodowe zostanie przyjęte do końca 2024 roku i że działania zostaną w miarę szybko podjęte we wszystkich krajach świata, aby zatrzymać zanieczyszczenie plastikiem – mówi dyrektorka generalna UNEP/GRID-Warszawa.

Organizacja szacuje, że przejście na gospodarkę o obiegu zamkniętym może m.in. zmniejszyć ilość tworzyw sztucznych trafiających do oceanów o ponad 80 proc. do 2040 roku, a także zmniejszyć produkcję pierwotnego plastiku o 55 proc. i emisje gazów cieplarnianych o 25 proc.

– Polski wskaźnik cyrkularności wynosi jedynie 10,2 proc., czyli tak naprawdę mamy prawie 90-proc. dziurę, gdzie te wszystkie surowce trafiają – one nie są zwracane z powrotem do produkcji. Jeśli spojrzymy na cały świat, jest jeszcze gorzej, ponieważ wskaźnik cyrkularności wynosi około 7 proc., więc widzimy, jak dużo jest jeszcze przed nami do zrobienia, jak wiele materiałów, wiele surowców musi zostać w sposób bardziej zrównoważony traktowanych i zawracanych do różnych cyklów produkcyjnych – podkreśla prezeska INNOWO.

Pogorszenie koniunktury w mleczarstwie. W tych warunkach trudno planować inwestycje w cele środowiskowe

0
Wzrost kosztów surowców, pracy i produkcji przy jednoczesnym spadku cen na światowych rynkach spowodował istotne pogorszenie koniunktury w europejskim mleczarstwie. Odczuwają to także polscy producenci. Dla...

Hałdy kopalniane to ogromne magazyny z surowcami. Ich zagospodarowaniem są zainteresowani m.in. producenci cementu

0
Polski przemysł cementowy zużywa rocznie kilka milionów ton popiołów z tzw. UPS-ów, czyli produktów ubocznych spalania węgla. Jednak wykorzystanie tego surowca w polskiej energetyce będzie –...

Startuje Ciepłownia Przyszłości w Lidzbarku Warmińskim. Takie technologie może wykorzystywać cały sektor w Polsce

0

Na początku listopada w Lidzbarku Warmińskim zostanie uruchomiona Ciepłownia Przyszłości – demonstrator technologii, który ma w praktyce pokazać, jak może wyglądać w przyszłości nowoczesne i zdekarbonizowane ciepłownictwo. Realizacja projektu Euros Energy oraz Narodowego Centrum Badań i Rozwoju zajęła półtora roku i kosztowała 38 mln zł. Zastosowano w nim cały szereg technologii, które mają duży potencjał wykorzystania w tym sektorze, w tym m.in. pompy ciepła, trójstopniowy system magazynowania ciepła złożony m.in. z sezonowych magazynów ciepła typu PTES i BTES, hybrydowe kolektory słoneczne i innowacyjny system zarządzania. – Rynek jest bardzo zainteresowany takimi rozwiązaniami – mówi dr Kamil Kwiatkowski z Euros Energy. Tym bardziej że przed polskim ciepłownictwem stoi wyzwanie w postaci konieczności wypełnienia unijnych wymogów klimatycznych.

 Ciepłownia Przyszłości to jest innowacyjny, pilotażowy projekt demonstracji technologii dla ciepłownictwa. Technologii niemal zeroemisyjnej, bo udział energii ze źródeł odnawialnych przekracza w nim 90 proc. – mówi agencji Newseria Biznes dr Kamil Kwiatkowski, dyrektor ds. projektów badawczo-rozwojowych w Euros Energy.

W Polsce produkcja ciepła wciąż jest mocno uzależniona od węgla. W nadchodzących latach polskie ciepłownictwo czeka więc nieuchronny zwrot ku rozwiązaniom nisko- i zeroemisyjnym. Bez inwestycji w tym kierunku będzie bowiem ponosić coraz wyższe koszty paliw kopalnych i zanieczyszczenia środowiska, jak i konsekwencje związane z niewypełnieniem unijnych wymogów klimatycznych. To, jak w przyszłości może wyglądać ten sektor, pokazuje właśnie Demonstrator Technologii Ciepłowni Przyszłości Euros Energy HC Plant, który powstaje w Lidzbarku Warmińskim. To autorski projekt spółki, realizowany z Narodowym Centrum Badań i Rozwoju oraz Veolią. Ma w praktyce pokazać możliwości modernizacji systemów ciepłowniczych przy wykorzystaniu rozwiązań OZE.

Nasza Ciepłownia Przyszłości, budowana w Lidzbarku Warmińskim, jest już bardzo zaawansowana. Będziemy gotowi do uruchomienia tej instalacji na początku listopada, czyli już za chwilę – zapowiada ekspert.

Inwestycja warta 38 mln zł jest realizowana z funduszy europejskich. Budowa demonstratora rozpoczęła się w połowie 2022 roku. Po uruchomieniu zapewni ciepło dla ok. 3,5 tys. mieszkańców Lidzbarka Warmińskiego i będzie ogrzewać budynki o łącznej powierzchni ponad 28 tys. mkw.

To jest pełnoskalowy demonstrator, który integruje szereg technologii przyszłości, możliwych do zastosowania w ciepłownictwie, w tym m.in. pompy ciepła i sezonowe magazyny ciepła, jakich w Polsce jeszcze nie było, w szczególności tzw. PTES (Pit Thermal Energy Storage), czyli duży, izolowany basen wodny – wyjaśnia dr Kamil Kwiatkowski.

Sercem projektu jest zaawansowany układ pomp ciepła zintegrowanych z trójstopniowym systemem magazynowania ciepła: powietrznymi wymiennikami ciepła, z niskotemperaturowym magazynem gruntowym typu BTES oraz z wysokotemperaturowym magazynem wodnym typu PTES, składający się ze szczelnego, zaizolowanego basenu ziemnego o pojemności 15 tys. m3, wypełnionego w całości wodą. System jest zasilany energią elektryczną produkowaną bezpośrednio na miejscu, z hybrydowych kolektorów słonecznych PVT oraz z pobliskiej instalacji fotowoltaicznej.

– Latem możemy zasilać pompy ciepła energią elektryczną z fotowoltaiki i ładować energię do magazynów – podziemnego, gruntowego, czyli do pionowych odwiertów pokrywających całą działkę, oraz do magazynu wodnego, czyli wspomnianego magazynu PTES – mówi ekspert Euros Energy. – Unikalne jest to, że całość energii wyprodukowanej w tej farmie fotowoltaicznej jest autokonsumowana w Ciepłowni Przyszłości. To jest zupełnie nowe, stabilne i bezpieczne dla sieci elektroenergetycznych zastosowanie farm fotowoltaicznych. Oprócz tego mamy jeszcze specjalną technologię, czyli hybrydowe kolektory słoneczne. To jest instalacja kolektorów połączonych z panelami fotowoltaicznymi, które jednocześnie produkują energię elektryczną i ciepło. Jest to niezbędne, ponieważ mamy bardzo ograniczoną powierzchnię.

W zimowe noce system jest wspierany energią elektryczną dostarczaną z krajowej sieci elektroenergetycznej, w tym energią zakupioną z gwarancją pochodzenia z odnawialnych źródeł energii w ramach kontraktów typu Power Purchase Agreement (PPA). Całością sterują natomiast zaawansowane algorytmy zarządzania energią, które dbają o jej efektywne zagospodarowanie.

To jest w pewnym stopniu rozwiązanie wyjątkowe w skali europejskiej, ponieważ mamy tutaj warstwowe ułożenie magazynowania – mamy warstwę podziemną, na to warstwę magazynu wodnego i oczywiście na ziemi mamy też hybrydowe kolektory typu PVT (Photovoltaic Thermal). W efekcie tym, co jest unikalne, to ogromna jak na OZE gęstość energii. Dzięki temu taki projekt mógł się zmieścić na 1 ha i mógł być wybudowany raptem w półtora roku, co jak na projekty ciepłownicze jest niesamowicie krótkim czasem – mówi dr Kamil Kwiatkowski.

Według raportu ośrodka analitycznego Polityka Insight („Ciepło do zmiany. Jak zmodernizować sektor ciepłownictwa systemowego w Polsce”) Polska ma drugi, po Niemczech, największy rynek ciepła systemowego w Europie. Do sieci ciepłowniczej jest przyłączonych ponad 40 proc. spośród 13,5 mln gospodarstw domowych i jest to jeden z najwyższych wskaźników w UE. Jednocześnie w polskich systemach ciepłowniczych zainstalowano łącznie 53,5 GW mocy i żaden inny unijny kraj nie dysponuje taką flotą wytwórczą. Polskie ciepłownictwo to potężny sektor, który ma istotny wpływ nie tylko na środowisko i klimat, ale również na bilans paliwowy kraju oraz bezpieczeństwo energetyczne. Skala potrzeb inwestycyjnych związanych z modernizacją i dekarbonizacją polskiego ciepłownictwa jest ogromna – Forum Energii szacuje ją nawet na 52,7 mld zł średniorocznie do 2050 roku (raport „Czyste ciepło jako motor polskiej gospodarki”). Z kolei Polityka Insight oszacowała, że potrzeby inwestycyjne ciepłownictwa systemowego wynoszą co najmniej 70 mld zł w perspektywie 2030 roku.

Potencjał rozwiązań zastosowanych w Ciepłowni Przyszłości jest ogromny. Sama ciepłownia jest projektem demonstracyjnym, który ma pokazać, że te wszystkie puzzle transformacji energetycznej działają i są możliwe do wdrożenia – mówi ekspert Euros Energy. – Rynek jest bardzo zainteresowany takimi rozwiązaniami, m.in. magazynowaniem energii i pompami ciepła. Oczywiście to zainteresowanie zależy przede wszystkim od cen gazu ziemnego – kiedy ta cena była niewysoka, to zainteresowanie było znacznie mniejsze. Jednak po wybuchu wojny w Ukrainie, kiedy ceny gazu wzrosły, mamy w tej chwili zwiększone zainteresowanie naszym projektem.

Fusy z kawy zamiast piasku. Taki komponent może wzmocnić beton z korzyścią dla środowiska

0

Inżynierowie z Royal Melbourne Institute of Technology w Australii opracowali metodę produkcji betonu przy użyciu fusów z kawy. Przekonują, że recykling odpadów organicznych może zmniejszyć zależność branży budowlanej od wydobywania zasobów naturalnych. Fusy z kawy pozwalają wyprodukować o 30 proc. mocniejszy beton i częściowo zastąpić nimi piasek.

Autorzy badania oszacowali, że co roku powstaje ok. 10 mld kg odpadów kawowych, z czego 75 mln kg w samej tylko Australii. Dzięki ponownemu wykorzystaniu fusów branża budowlana może się przyczynić do zmniejszenia emisji metanu, które gorzej wpływają na atmosferę niż dwutlenek węgla.

­– Pracujemy nad recyklingiem różnych form odpadów organicznych. Ogromna ilość takich odpadów trafia na wysypiska. W Australii są one odpowiedzialne za około 3 proc. emisji gazów cieplarnianych. Rozmawiając przy kawie, poszukiwaliśmy różnych rozwiązań na przekształcenie odpadów w cenny zasób i właśnie wtedy pomyśleliśmy o fusach powstających przy przyrządzeniu tego napoju. Od tego zaczęło się nasze badanie – mówi agencji Newseria Innowacje współautor rozwiązania, dr Rajeev Roychand z Uniwersytetu RMIT w Australii.

Naukowcy przetworzyli fusy w biowęgiel – czarny, porowaty materiał bogaty w węgiel, który pozwala wzmocnić beton o 30 proc. i w 15 proc. objętości zastąpić piasek. Wykorzystali do tego proces pirolizy, próbując różnych poziomów temperatury. Okazało się, że najlepsze efekty dało podgrzanie fusów z kawy do 350 stopni Celsjusza bez użycia tlenu.

– Znacząco podnosimy w ten sposób wytrzymałość betonu i sprawiamy, że jego produkcja staje się bardziej przyjazna dla środowiska. Modyfikowane, przetworzone termicznie fusy z kawy mogą częściowo zastąpić piasek, który trzeba ciągle wydobywać, by spełnić wymogi branży budowlanej. Uzyskujemy przy tym o 30 proc. lepszą wytrzymałość betonu. Ten istotny wzrost wytrzymałości można wykorzystać do obniżenia zawartości cementu nawet o 10 proc. – wyjaśnia dr Rajeev Roychand.

Odkrycie może też pomóc w ochronie zasobów naturalnych, konkretnie piasku. Według obliczeń badaczy z Uniwersytetu w Lejdzie spośród wszystkich materiałów stałych eksploatowanych przez człowieka najszybciej rośnie wydobycie piasku i żwiru, a najwięcej tego pierwszego surowca zużywa się właśnie do produkcji betonu. W ciągu najbliższych 40 lat popyt na piasek może wzrosnąć o ok. 45 proc. W 2060 roku branża budowlana będzie potrzebowała 4,6 mld t rocznie (dla porównania w 2020 roku było to 3,2 mld t), zwłaszcza w Azji i Afryce.

Zrównoważone wydobycie piasku stanowi duże wyzwanie dla branży budowlanej. Surowiec używany do produkcji betonu wydobywa się z koryt rzek i jezior. Ten morski i pustynny się do tego nie nadaje. Nielegalne wydobycie piasku jest ogromnym problemem na całym świecie, przyczyniając się do nadmiernej eksploatacji i degradacji środowiska. Jest on wprawdzie surowcem odnawialnym, ale procesy erozji, w wyniku których powstaje, trwają długo. Przyroda nie jest w stanie odtworzyć jego zasobów tak szybko, żeby sprostać jego eksploatacji przez przemysł. Dlatego na znaczeniu zyskują rozwiązania, które mają pomóc w ograniczeniu zużycia tego surowca w branży budowlanej.

Australijscy badacze są zdania, że ich rozwiązanie ma dużą szansę na komercjalizację. Informują, że nawiązali już współpracę z kilkoma firmami budowlanymi. Rozwiązaniem są zainteresowani również lokalni włodarze.

– Pierwszy samorząd chce wykorzystać nasze rozwiązanie przy budowie chodnika. Trwają obecnie liczne konsultacje z firmami budowlanymi. Poza tym spotkaliśmy się z przedstawicielami kilku firm budowlanych, którzy są bardzo entuzjastycznie nastawieni i chcą zastosować nasz beton w przyszłych inwestycjach. Spotkaliśmy się też z architektem, który projektuje luksusowy hotel i chce skorzystać z naszego produktu, by zapewnić wysokie parametry w zakresie zrównoważonego rozwoju i obniżyć emisje. Trwają więc liczne konsultacje, również z podmiotami zagranicznymi. Wiele przedsiębiorstw z zagranicy interesuje się naszym rozwiązaniem, wiele projektów jest już w fazie finalizacji i zostanie ukończonych przed końcem roku lub na początku następnego ­– zapowiada badacz z Uniwersytetu RMIT.

Inżynierowie z Australii zapowiadają, że będą pracować nad możliwością użycia innych niż kawa surowców organicznych do poprawy właściwości betonu. Niedawno nad wykorzystaniem recyklingu w budownictwie pochylili się też naukowcy z Uniwersytetu Kitakyushu w Japonii. Odkryli, że do produkcji betonu można wykorzystać odpady z jednorazowych pieluch. Można nimi zastąpić od 9 do 40 proc. piasku, w zależności od tego, w jakim elemencie się znajdą, bez zmniejszenia wytrzymałości betonu. Naukowcy zbudowali eksperymentalny dom o powierzchni 36 mkw., według indonezyjskich standardów budowlanych, bo to z myślą o problemach w mieszkalnictwie na tym rynku realizowali ten projekt. W sumie zużyto 1,7 m3 odpadów pieluszkowych. 

Przez trudną sytuację gospodarczą średnie firmy produkcyjne odkładają na później plany cyfryzacji. Brak finansowania...

0

W ubiegłym roku miało miejsce znaczące przyspieszenie cyfryzacji w polskich przedsiębiorstwach produkcyjnych. Jednak w tej chwili trudne otoczenie gospodarcze hamuje plany i ambicje firm dotyczące tego obszaru. Z opracowanego przez Siemens Polska raportu „Digi Index 2023” wynika, że wskaźnik cyfrowej dojrzałości cyfrowej średnich przedsiębiorstw spadł w tym roku do poziomu 1,8 w porównaniu do 2,4 w ubiegłym. Jako główny hamulec na drodze do transformacji cyfrowej w tegorocznej edycji raportu przedsiębiorstwa po raz kolejny wskazały na ten sam czynnik, czyli niewystarczające budżety. Nieco szybciej niż średnie firmy cyfryzują się duże podmioty, dysponujące większymi zasobami na ten cel.

Autorzy badania wskazują, że tegorocznego spadku wskaźnika Digi Index dla średnich firm nie należy odczytywać jako porażki czy sygnału spowolnienia transformacji w polskim przemyśle produkcyjnym. Niższy wynik oznacza po prostu, że część projektów, które były wdrażane we wcześniejszych latach, w tym roku naturalną koleją rzeczy została zakończona albo przesunięta na bardziej sprzyjający okres w gospodarce. Transformacja cyfrowa jest procesem rozłożonym na lata.

– Poziom digitalizacji polskich przedsiębiorstw produkcyjnych się poprawia. Świadomość firm rośnie, coraz częściej podejmowane są tematy transformacji cyfrowej, aczkolwiek wciąż jest bardzo dużo do zrobienia. Potencjał rozwojowy tych firm i rozwoju ich elastyczności operacyjnej jest cały czas na wyciągnięcie ręki i trzeba tylko po niego sięgnąć – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Otta, dyrektor ds. transformacji cyfrowej i rozwoju biznesu w Siemens Polska.

Siemens Polska od czterech lat bada poziom digitalizacji działających w Polsce średniej wielkości firm produkcyjnych z wybranych branż: food & beverage (żywność i napoje), automotive (motoryzacja), machinery (produkcja maszyn) oraz chemistry & pharmacy (chemia i farmacja). Wyliczany na podstawie tych badań wskaźnik Digi Index (w skali od 1 do 4) jest barometrem świadomości technologicznej rodzimych przedsiębiorstw i ich menedżerów, odzwierciedlającym ich poziom cyfrowej dojrzałości.

Tegoroczna edycja tego badania, przeprowadzonego na grupie 150 firm produkcyjnych (zatrudniających 50–249 pracowników), pokazuje, że trudne otoczenie gospodarcze zweryfikowało ich plany transformacji cyfrowej. Digi Index dla średnich firm wynosi 1,8 i jest wyraźnie niższy niż w 2022 roku. Digitalizacja trwa, ale duża grupa producentów wciąż zmaga się z wyzwaniami w obszarze cyfrowej transformacji, a bieżące wyzwania im tego nie ułatwiają.

– Spadek średniej wartości Digi Indexu może wynikać z kilku powodów. Przede wszystkim trudne czasy w lokalnej i globalnej ekonomii, skoki kosztów energii, inflacja, niestabilna sytuacja za naszą granicą – to wszystko wpływa na pewną wstrzemięźliwość, jeśli chodzi o jakiekolwiek inwestycje w organizacjach – mówi Łukasz Otta.

Pozytywny jest fakt, że w tegorocznej edycji Digi Indexu już 4 proc. badanych firm zadeklarowało poziom cyfryzacji produkcji przekraczający 81 proc. – to o 3,3 pkt proc. więcej niż przed rokiem. Jednak najwięcej przedsiębiorstw (średnio co trzecie) oceniło swój poziom cyfryzacji produkcji jako mieszczący się w przedziale 41–60 proc. Wciąż jest też znacząca grupa firm (22 proc. ankietowanych), która zadeklarowała, że ich poziom cyfryzacji produkcji nie przekracza 20 proc.

– Według Digi Indexu na pierwszym miejscu, jeżeli chodzi o stopień cyfryzacji, w tym roku ponownie znalazł się przemysł samochodowy. Wynika to z faktu, że ta branża od początku buduje swoją wartość wokół technologii wytwarzania samochodów, ale także technologii, w które one są wyposażane – mówi dyrektor w Siemens Polska. – Po drugie, jeżeli mówimy o koncernach samochodowych, które operują na globalnym rynku, to ich stopień cyfryzacji musi być tak dobry, jak rozległe jest pole działania tych przedsiębiorstw. Operowanie na tak wielu rynkach byłoby po prostu niemożliwe bez wykorzystania cyfryzacji.

Tegoroczny wynik Digi Index dla średnich firm z sektora automotive wyniósł 2,0. Przedsiębiorstwa z tej branży znajdują się najdalej na ścieżce digitalizacji. Zaraz za nimi plasują się firmy z sektora produkcji maszyn oraz branży chemicznej i farmaceutycznej (w obu przypadkach 1,8). W tyle pozostaje natomiast sektor spożywczy (1,6).

– W przypadku rynku spożywczego mówimy raczej o rynkach lokalnych, o bardzo regionalnym poziomie działania. Natomiast polskie przedsiębiorstwa z tej branży też coraz częściej stawiają na cyfryzację, przede wszystkim dlatego że chcą podbijać inne rynki, zdobywać nowych klientów, podnosić konkurencyjność. Także częste zmiany i krótkie serie produktów wymuszają niejako zastosowanie narzędzi cyfrowych – mówi Łukasz Otta. – Transformacja cyfrowa jest dla branży spożywczej idealnym remedium na potrzebę monitorowania kosztów produkcji, podnoszenia jej elastyczności, pozyskiwanie z rynku informacji o tym, co się z nią dzieje. W Polsce jest w tym obszarze duży potencjał, ponieważ mamy tu bardzo wiele podmiotów zaliczających się do rynku spożywczego.

W tym roku badanie Digi Index po raz pierwszy objęło również duże firmy produkcyjne, zatrudniające powyżej 250 pracowników. W ich przypadku wartość indeksu okazała się znacząco wyższa i wyniosła 2,7, co w praktyce oznacza, że większość z nich wykorzystuje cyfrowe narzędzia w codziennej działalności operacyjnej. Tak dobry wynik dużych przedsiębiorstw to m.in. efekt znacznie wyższych budżetów niż w przypadku średnich podmiotów.

– Duże firmy cyfryzują się szybciej, ponieważ bardzo często są to organizacje globalne i tu zachodzi transfer wiedzy pomiędzy różnymi lokalizacjami – wyjaśnia ekspert Siemens Polska.

Średnie i duże firmy inaczej postrzegają bariery stojące na drodze do transformacji cyfrowej. Największe podmioty częściej wskazywały brak możliwości integracji systemów informacyjnych różnych dostawców (blisko 37 proc.), a kwestie finansowe i nieumiejętność wykorzystania zgromadzonych danych znalazły się ex aequo na drugim miejscu (po 33 proc. wskazań). Prawie co czwarta badana firma wskazała, że problemem jest również brak systematycznego planowania na wczesnym etapie produkcji, co skutkuje koniecznością przeróbek na późniejszych etapach.

– Z kolei bariery wymieniane przez średnie przedsiębiorstwa w naszym badaniu to przede wszystkim finansowanie, trudności w zarządzaniu danymi i planowanie strategiczne. Jednak z mojej perspektywy to właśnie planowanie strategiczne – a właściwie jego brak – jest największą przeszkodą, ponieważ właściwe zaplanowanie transformacji cyfrowej w przedsiębiorstwie produkcyjnym powinno dać nam jasną odpowiedź na pytanie o to, jak mój biznes na tym skorzysta – mówi Łukasz Otta.

Digi Index bada sześć obszarów cyfryzacji w firmach: planowanie strategiczne, organizacja i administracja, integracja systemów, produkcja i działanie operacyjne, zarządzanie danymi oraz zastosowanie procesów cyfrowych, dla których wyliczana jest oddzielna wysokość wskaźnika. W tegorocznej edycji tego badania najbardziej scyfryzowanym obszarem (z wynikiem 3,0) okazało się zarządzanie danymi – pomimo wskazywanych przez firmy trudności w tej sferze.

– Firmy bardzo mocno idą w gromadzenie danych produkcyjnych, to jest mocna strona polskich przedsiębiorstw. Z drugiej strony wciąż mają apetyt na to, aby te dane wykorzystywać lepiej, bardziej online. Następnym krokiem jest więc lepsza utylizacja tych danych w celach biznesowych, żeby móc m.in. przewidywać koszty, planować zasoby czy organizację produkcji – wyjaśnia ekspert.

Tym, z czym firmy mają z kolei największy problem, jest obszar organizacji i administracji, który znajduje się na przeciwległym biegunie Digi Indexu i który uzyskał wynik zaledwie 1,0. W tym przypadku wyzwaniem okazało się zwłaszcza ustalenie roli liderów i zespołów działających na rzecz rozwoju cyfryzacji, jak również uruchomienie programów wspierających pracowników w rozwijaniu umiejętności cyfrowych.

– Skuteczna transformacja cyfrowa będzie tak dobra jak wdrożenie tej technologii i umiejętne wykorzystanie tej technologii przez cały zakład produkcyjny. Sam zakup nawet najlepszej technologii informatycznej nie jest równy transformacji cyfrowej danego przedsiębiorstwa. Dopiero nauczenie i przyzwyczajenie ludzi do tej technologii pozwala się rozwijać – mówi Łukasz Otta. – Istotne jest również to, że dobrze poprowadzona transformacja cyfrowa nie ma końca, jest po prostu procesem ciągłym.

 

Link do raportu Digi Index 2023: https://www.siemens.com/pl/pl/o-firmie/raporty-siemens/digi-index-2023.html

 

Ultraszybka sieć 5G uruchomiona na Politechnice Śląskiej. Posłuży do testowania nowoczesnych rozwiązań dla przemysłu

0

Zainteresowanie rodzimych przedsiębiorstw rozwijaniem innowacji opartych na 5G jest coraz większe. Możliwość przetestowania 5G w praktyce stwarza im showroom technologiczny na Politechnice Śląskiej w Gliwicach. W tamtejszym Centrum Testowania Technologii Przemysłu 4.0 – przy współpracy z Orange Polska i APA Group – została uruchomiona ultraszybka wewnętrzna sieć kampusowa 5G, która posłuży do tworzenia i testowania nowoczesnych rozwiązań bazujących na tej technologii.

 Lokalna sieć 5G, która została właśnie uruchomiona na Politechnice Śląskiej, nie jest przeznaczona do telefonii komórkowej. Ta sieć służy do przesyłania informacji w ramach internetu rzeczy pomiędzy czujnikami, sensorami, komputerami, pomiędzy systemami wytwórczymi, smart city, energetycznymi etc. Ona stwarza ogromne możliwości przetwarzania danych, sprzęgania rozwiązań takich jak robotyka i zautomatyzowane linie produkcyjne z technologiami sztucznej inteligencji. To jest przeniesienie nas na wyższy poziom rozwoju technologicznego – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. dr hab. inż. Arkadiusz Mężyk, rektor Politechniki Śląskiej.

Dzięki współpracy Orange Polska, APA Group i Politechniki Śląskiej w Gliwicach na tej uczelni powstał właśnie unikalny showroom technologiczny, w którym polskie przedsiębiorstwa i przedstawiciele przemysłu, ale także społeczność uczelniana i studenci mogą w praktyce przetestować innowacje bazujące na technologii 5G.

 To jak na razie jedyna w Polsce sieć kampusowa na uczelni wyższej. Pozwala nam na pokazywanie i rozwijanie technologii, które będą potrzebne w przyszłości – mówi dr hab. inż. Anna Timofiejczuk, prof. Politechniki Śląskiej, dziekan tamtejszego Wydziału Mechanicznego Technologicznego. 

Studenci, wykładowcy, przedsiębiorcy czy przedstawiciele przemysłu mogą dzięki temu prowadzić projekty z wykorzystaniem technologii 5G zarówno na miejscu, w murach uczelni, jak i w pełni zdalnie wybrać produkt, a następnie wytworzyć go, monitorując w czasie rzeczywistym każdy etap procesu produkcyjnego z zastosowaniem takich elementów jak AI, Big Data czy machine learning. Po zakończonym procesie dostaną przyjazny raport z oznaczeniem wskaźników jakości, wydajności, kosztów, zużycia energii czy emisji CO2.

– Dzięki temu, że mamy centrum i sieć, na Politechnice Śląskiej możemy, po pierwsze, prowadzić badania, po drugie, kształcić, po trzecie, zmieniać kompetencje, a po czwarte, pokazywać osobom, które boją się nowych technologii, jak można je wykorzystać – mówi dr hab. inż. Anna Timofiejczuk.

– W tej chwili musimy się też zastanowić nad nowym systemem kształcenia dla przemysłu przyszłości. Postęp technologiczny jest tak szybki, że wiedza, która znajduje się w podręcznikach, bardzo szybko się dezaktualizuje – zauważa prof. Arkadiusz Mężyk.

Projekt zrealizowany przez Orange Polska na Politechnice Śląskiej to dla operatora już czwarte w Polsce wdrożenie sieci kampusowej 5G. Poprzednie zostały uruchomione w Łódzkiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej, w fabryce Miele w Ksawerowie i w fabryce Nokii w Bydgoszczy. Grupa Orange ma na tym polu spore doświadczenie także na innych rynkach europejskich.

– Trzy poprzednie wdrożenia w Polsce dotyczyły biznesu. Uczelnia jest dla nas czymś nowym, ale bardzo ważnym, ponieważ wiemy, że tutaj właśnie mogą powstać nowe rozwiązania. Uczelnie mogą testować i sprawdzać, jak wykorzystać tę sieć 5G najlepiej – mówi Małgorzata Ciechomska, dyrektorka smart city w Orange Polska. – Sieć 5G maksymalnie przyśpieszy przesył danych, zmniejszy opóźnienia do niemal niezauważalnego poziomu i umożliwi komunikację bardzo wielu czujników i urządzeń na małej przestrzeni. To z kolei doprowadzi do większej robotyzacji, automatyzacji, zapewni precyzyjną pracę tych urządzeń.

Sieć 5G, czyli nowa generacja transmisji danych, zapewnia szybką i niezawodną łączność wielu urządzeń IoT bez kilometrów kabli. Czujniki i sensory monitorują każdy etap procesu, co pozwala analizować i optymalizować go niemal w czasie rzeczywistym. Co istotne rozwiązania oparte na tej technologii są dla firm łatwe w rozbudowie i integracji, a przy tym relatywnie tanie.

– Perspektywy największych korzyści, jakie płyną z wykorzystania 5G, otwierają się m.in. przed takimi branżami jak logistyka, transport i produkcja przemysłowa – mówi ekspertka Orange Polska.

Rozwiązania wykorzystujące 5G już w tej chwili przyspieszają transformację cyfrową firm, automatyzując cykle produkcyjne, procesy dystrybucji i logistykę. Wykorzystanie tej technologii umożliwia m.in. szkolenie pracowników przy użyciu wirtualnej rzeczywistości czy cyfrowe wsparcie stanowisk pracy dzięki inteligentnym okularom z systemem rozszerzonej rzeczywistości.

Z badań zrealizowanych dla Orange’a wśród polskich firm różnej wielkości wynika, że ponad 80 proc. z nich postrzega 5G jako technologię atrakcyjną i przydatną w prowadzonej działalności biznesowej. Ponad 70 proc. uważa też, że 5G pomoże im ulepszyć oferty biznesowe i przyniesie nowe możliwości. Podobny odsetek deklaruje, że będzie niedługo potrzebować wsparcia dostawcy usług telekomunikacyjnych przy rozwijaniu i testowaniu usług 5G lub przy zastosowaniu kolejnych generacji sieci 5G.

– Sieć 5G to jest brakujący element w przemyśle 4.0. To jest zwieńczenie procesu cyfryzacji, transformacji cyfrowej przedsiębiorstw – podkreśla dr inż. Artur Pollak. – Ta technologia generuje bardzo duże oszczędności, np. eliminując okablowanie, które jest, po pierwsze, drogie, a po drugie, często ulega jakimś uszkodzeniom. Sieć 5G transmituje dane z bardzo dużą prędkością i precyzją.

Jak wskazuje, z perspektywy firm przyspieszenie transmisji danych, wyeliminowanie opóźnień i zwiększenie liczby podłączonych do sieci urządzeń na 1 km2 jest kluczowe. Chodzi bowiem o to, aby na terenie fabryk, magazynów, biur i centrów logistycznych można było instalować więcej komunikujących się ze sobą urządzeń i czujników. Umożliwiają one bieżące diagnozowanie problemów, szybkie reagowanie i optymalizację procesów. A to przyczynia się np. do poprawy koordynacji ruchu automatów i robotów wykorzystywanych w produkcji, zwiększając jednocześnie bezpieczeństwo pracy człowieka.

– Jeżeli weźmiemy pod uwagę  klasyczne pętle sterowania, to przemysł jest przygotowany do tego, żeby wynik pewnej operacji był widoczny po około 50 ms. Natomiast sieć 5G umożliwia transmisję danych z prędkością do 1 ms. Mówimy więc o tym, że na 1 km2 możemy umieścić 1 mln sensorów i możemy go odpytywać co 1 milisekundę, by dostawać z niego informacje zwrotne – mówi prezes zarządu APA Group.

Kryzys energetyczny zmniejszył dobrobyt w polskich gospodarstwach domowych bardziej niż w innych krajach UE....

0
– Zarówno Unia Europejska, jak i poszczególne państwa członkowskie podjęły ogromny wysiłek, żeby przeciwdziałać skutkom kryzysu energetycznego. Od września 2021 roku przeznaczyły na ten cel łącznie...

Pożary i susze w Europie to wina zmian klimatu i zbyt wolnego przechodzenia na...

0

Rekordowe temperatury w całej Europie, susza, pożary w Grecji i Hiszpanii, blackout na Sycylii, ekstremalne, sięgające nawet 50˚C, upały w Chinach i USA – wszystko to odczuwalne już w tej chwili skutki zmian klimatu, których powodem jest działalność człowieka i spalanie paliw kopalnych. Udział OZE, które powinny je jak najszybciej zastąpić, rośnie jednak zbyt wolno, także w Polsce. Rozwój zielonych źródeł blokują m.in. zbyt restrykcyjne regulacje dotyczące energetyki wiatrowej na lądzie i niewystarczające inwestycje w infrastrukturę przesyłową. – W ubiegłym roku urzędy wydały rekordowe 7 tys. odmów przyłączeniowych na 51 GW mocy, czyli ok. 25 proc. tego, co potrzebujemy, żeby przejść w 100 proc. na OZE i uniezależnić się od dostaw węglowodorów z zagranicy – mówi Tomasz Wiśniewski, prezes zarządu Pracowni Finansowej.

– Tegoroczne rekordy temperatury pokazują, że spalamy zbyt duże ilości paliw kopalnych. Trzydzieści niezależnych, największych na świecie organizacji naukowych potwierdza, że to ocieplenie jest bezpośrednio wynikiem działalności człowieka. Nie ma na świecie żadnej liczącej się instytucji naukowej, która by ten fakt podważała – przypomina w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Wiśniewski.

Ostatni raport IPCC, czyli działającego przy ONZ Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu, po raz pierwszy tak jednoznacznie i dobitnie potwierdził, że za ogrzanie planety odpowiada działalność człowieka. Z dokumentu wynika również, że globalne ocieplenie przyspiesza – w porównaniu do epoki przedindustrialnej średnia temperatura na Ziemi zwiększyła się już o ponad 1˚C. W czarnym scenariuszu – bez radykalnych działań – ten wzrost do końca stulecia może sięgnąć nawet 4,4˚C, czego efektem będzie m.in. wzrost poziomu mórz i oceanów o 3 m, zalanie terenów zamieszkałych przez ogromną część światowej populacji i katastrofalne zjawiska pogodowe na niespotykaną skalę. Według szacunków IPCC już w tej chwili od 3,3 do 3,6 mld ludzi na całym świecie odczuwa skutki zmian klimatu w postaci powodzi, suszy, klęsk żywiołowych, rekordowych upałów i pożarów. Widać to także tego lata z bliskich Polsce regionów – południe Europy i północ Afryki zmagają się z rekordowo wysokimi temperaturami oraz pożarami zagrażającymi bezpieczeństwu.

 Spalając paliwa kopalne, w ciągu dwóch–trzech stuleci możemy się przyczynić do dwukrotnie większej zmiany temperatury niż przez ostatnie 10 tys. lat wychodzenia z epoki lodowej. Nauka nie zna tak szybkiego wzrostu temperatury w dotychczasowej geologicznej historii Ziemi – mówi prezes Pracowni Finansowej.

Jak poinformował Copernicus Climate Change Service, czerwiec 2023 roku był najcieplejszym miesiącem na świecie. Temperatura przekroczyła średnią z lat 1991–2020 o nieco ponad 0,5˚C, znacznie przewyższając poprzedni rekord z czerwca 2019 roku. Analizy wykorzystujące miliardy pomiarów z satelitów, statków, samolotów i stacji pogodowych na całym świecie wykazały także, że wszechocean przekroczył najwyższe w historii temperatury powierzchni wód dla czerwca, a lód morski na Antarktydzie osiągnął najniższy zasięg w czerwcu od czasu rozpoczęcia obserwacji satelitarnych. Spadł on o 17 proc. poniżej średniej. 

Według raportu IPCC, jeżeli globalne ocieplenie ma zostać zahamowane w granicach bezpiecznego progu 1,5–2°C, trzeba szybko i mocno obciąć emisje gazów cieplarnianych. Do 2030 roku powinna spaść już o połowę, a do 2050 roku – do zera. To jednak oznacza całkowitą rezygnację z paliw kopalnych i przejście na odnawialne źródła energii.

– Każda turbina wiatrowa o mocy 2 MW może zapobiec emisji 250 t CO2 rocznie, a także 1,5 t azotanów, 2 t siarczanów i 17,5 t pyłów emitowanych przez elektrownie węglowe do atmosfery – wymienia ekspert. – Farmy fotowoltaiczne są pod tym względem jeszcze bardziej korzystne dla środowiska. Przez to, że wyłączamy zwykle słabej jakości grunty z intensywnej obróbki rolnej z użyciem oprysków chemicznych, uzyskujemy dodatkową korzyść w postaci wzbogacenia bioróżnorodności i ochrony gatunków. Tam siedliska znajdują liczne ptaki, owady, zapylacze, chronimy ten obszar przed pustynnieniem. Dodatkowo on nie jest uprawiany przez rolników, więc maszyny nie emitują dwutlenku węgla.

Jak wskazuje, kolejnym powodem przemawiającym za rezygnacją z elektrowni węglowych jest też fakt, że zużywają one ogromne ilości wody, której potrzebują m.in. do chłodzenia bloków. Według szacunków Greenpeace polska energetyka węglowa odpowiada za aż 70 proc. poboru wody w Polsce, co jest jednym z najwyższych wskaźników w skali całego świata, a w czasie suszy i upałów grozi wyłączeniami dostaw prądu.

To jest informacja druzgocąca w dobie wszechobecnej suszy, wywołującej gigantyczne pożary lasów. Susza dodatkowo obniża też poziom wód w rzekach i jeziorach, a letnie upały zwiększają ich temperaturę, co wpływa na spadek możliwości schładzania generatorów i zmniejsza możliwości produkcyjne elektrowni węglowych – mówi Tomasz Wiśniewski. – Jeśli Polska zwiększy udział OZE w miksie energetycznym i zrezygnuje z energetyki węglowej na rzecz ekologicznych elektrowni, to zaoszczędzimy miliardy litrów wody rocznie.

To także oszczędności finansowe wynikające z mniejszego importu paliw kopalnych.

Każdy gigawat mocy wiatraków na lądzie to w skali roku ok. 2 mld zł oszczędności na imporcie gazu. Dlatego – nawet jeżeli komuś jest to obojętne i jest tak krótkowzroczny, że nie zwraca uwagi na ochronę klimatu – być może argumenty ekonomiczne będą bardziej przekonujące, że warto inwestować w OZE i mieć własny prąd z odnawialnych, darmowych źródeł energii, jakimi są wiatr i słońce – dodaje prezes Pracowni Finansowej.

Według danych Agencji Rynku Energii w Polsce udział OZE sukcesywnie rośnie. W kwietniu br. moc zainstalowana odnawialnych źródeł energii wzrosła o 5,1 GW rok do roku i sięgnęła w sumie 24,4 GW, co stanowi już blisko 40 proc. łącznej mocy zainstalowanej wszystkich źródeł energii elektrycznej. Największym źródłem energii z OZE pozostaje fotowoltaika (w kwietniu br. jej moc zainstalowana wynosiła prawie 13,5 GW, czyli ponad 55 proc. wszystkich mocy źródeł odnawialnych), na drugim miejscu są zaś elektrownie wiatrowe na lądzie. Zgodnie z danymi Polskich Sieci Elektroenergetycznych w ubiegłym roku produkcja energii z energetyki wiatrowej wyniosła blisko 19 TWh, co oznacza 15-proc. wzrost r/r.

Skala inwestycji w farmy wiatrowe jest dziś zdecydowanie mniejsza, niż mogłaby być, ponieważ kilka lat temu zablokowano tę branżę. Powstawały jedynie pojedyncze turbiny wiatrowe i to tylko dzięki ogromnemu wysiłkowi inwestorów, którzy uparli się na to, żeby te elektrownie budować – mówi Tomasz Wiśniewski. – Farmy fotowoltaiczne pod tym względem wypadają lepiej, ponieważ ten rynek nie był zablokowany, aczkolwiek brakuje miejsc, gdzie można te farmy podłączyć. W ubiegłym roku urzędy wydały rekordowe 7 tys. odmów przyłączeniowych na 51 GW mocy, czyli ok. 25 proc. tego, co potrzebujemy, żeby przejść w 100 proc. na OZE i uniezależnić się od dostaw węglowodorów z zagranicy.

Ekspert wskazuje, że w Polsce rozwój energetyki wiatrowej na lądzie w 2016 roku całkowicie zablokowała tzw. ustawa odległościowa, która wprowadziła zasadę 10H, czyli normę określającą, w jakiej odległości od zabudowań mogą powstawać elektrownie wiatrowe. Zgodnie z nazwą limit wynosił 10-krotność wysokości wiatraka, czyli około 1,5–2,5 km. W praktyce wyłączyło to z możliwości stawiania wiatraków ok. 99,7 proc. obszaru Polski.

Na początku tego roku ustawa została zliberalizowana, a zasadę 10H zastąpił wymóg stawiania wiatraków w odległości nie mniejszej niż 700 m od zabudowań i dodatkowe obwarowania, jak m.in. konieczność uzgodnienia planów miejscowego zagospodarowania ze wszystkimi gminami, które są w sferze oddziaływania turbin. Branża onshore (która optowała, żeby ta odległość wynosiła 500 m) ocenia, że w praktyce wciąż nie pozwoli to na pełne odblokowanie tej gałęzi energetyki. 

– Potrzebny jest kolejny krok albo nawet kilka kolejnych kroków, żeby odblokować lądową energetykę wiatrową – podkreśla  prezes Pracowni Finansowej.

Jak zaznacza, warunkiem koniecznym dla rozwoju odnawialnych źródeł energii w Polsce są też inwestycje w rozwój i modernizację sieci dystrybucyjnych, które powinny zostać zrealizowane jak najszybciej.

– W Polsce są inwestorzy, którzy chcą inwestować w odnawialne źródła energii. Jedynym problemem jest możliwość przyłączenia tych źródeł do sieci. Gdyby rząd zainwestował w modernizację sieci przesyłowych, to na pewno znajdą się inwestorzy, którzy sfinansują całą resztę – ocenia ekspert.