Pożary i susze w Europie to wina zmian klimatu i zbyt wolnego przechodzenia na...
Rekordowe temperatury w całej Europie, susza, pożary w Grecji i Hiszpanii, blackout na Sycylii, ekstremalne, sięgające nawet 50˚C, upały w Chinach i USA – wszystko to odczuwalne już w tej chwili skutki zmian klimatu, których powodem jest działalność człowieka i spalanie paliw kopalnych. Udział OZE, które powinny je jak najszybciej zastąpić, rośnie jednak zbyt wolno, także w Polsce. Rozwój zielonych źródeł blokują m.in. zbyt restrykcyjne regulacje dotyczące energetyki wiatrowej na lądzie i niewystarczające inwestycje w infrastrukturę przesyłową. – W ubiegłym roku urzędy wydały rekordowe 7 tys. odmów przyłączeniowych na 51 GW mocy, czyli ok. 25 proc. tego, co potrzebujemy, żeby przejść w 100 proc. na OZE i uniezależnić się od dostaw węglowodorów z zagranicy – mówi Tomasz Wiśniewski, prezes zarządu Pracowni Finansowej.
– Tegoroczne rekordy temperatury pokazują, że spalamy zbyt duże ilości paliw kopalnych. Trzydzieści niezależnych, największych na świecie organizacji naukowych potwierdza, że to ocieplenie jest bezpośrednio wynikiem działalności człowieka. Nie ma na świecie żadnej liczącej się instytucji naukowej, która by ten fakt podważała – przypomina w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Wiśniewski.
Ostatni raport IPCC, czyli działającego przy ONZ Międzyrządowego Panelu ds. Zmian Klimatu, po raz pierwszy tak jednoznacznie i dobitnie potwierdził, że za ogrzanie planety odpowiada działalność człowieka. Z dokumentu wynika również, że globalne ocieplenie przyspiesza – w porównaniu do epoki przedindustrialnej średnia temperatura na Ziemi zwiększyła się już o ponad 1˚C. W czarnym scenariuszu – bez radykalnych działań – ten wzrost do końca stulecia może sięgnąć nawet 4,4˚C, czego efektem będzie m.in. wzrost poziomu mórz i oceanów o 3 m, zalanie terenów zamieszkałych przez ogromną część światowej populacji i katastrofalne zjawiska pogodowe na niespotykaną skalę. Według szacunków IPCC już w tej chwili od 3,3 do 3,6 mld ludzi na całym świecie odczuwa skutki zmian klimatu w postaci powodzi, suszy, klęsk żywiołowych, rekordowych upałów i pożarów. Widać to także tego lata z bliskich Polsce regionów – południe Europy i północ Afryki zmagają się z rekordowo wysokimi temperaturami oraz pożarami zagrażającymi bezpieczeństwu.
– Spalając paliwa kopalne, w ciągu dwóch–trzech stuleci możemy się przyczynić do dwukrotnie większej zmiany temperatury niż przez ostatnie 10 tys. lat wychodzenia z epoki lodowej. Nauka nie zna tak szybkiego wzrostu temperatury w dotychczasowej geologicznej historii Ziemi – mówi prezes Pracowni Finansowej.
Jak poinformował Copernicus Climate Change Service, czerwiec 2023 roku był najcieplejszym miesiącem na świecie. Temperatura przekroczyła średnią z lat 1991–2020 o nieco ponad 0,5˚C, znacznie przewyższając poprzedni rekord z czerwca 2019 roku. Analizy wykorzystujące miliardy pomiarów z satelitów, statków, samolotów i stacji pogodowych na całym świecie wykazały także, że wszechocean przekroczył najwyższe w historii temperatury powierzchni wód dla czerwca, a lód morski na Antarktydzie osiągnął najniższy zasięg w czerwcu od czasu rozpoczęcia obserwacji satelitarnych. Spadł on o 17 proc. poniżej średniej.
Według raportu IPCC, jeżeli globalne ocieplenie ma zostać zahamowane w granicach bezpiecznego progu 1,5–2°C, trzeba szybko i mocno obciąć emisje gazów cieplarnianych. Do 2030 roku powinna spaść już o połowę, a do 2050 roku – do zera. To jednak oznacza całkowitą rezygnację z paliw kopalnych i przejście na odnawialne źródła energii.
– Każda turbina wiatrowa o mocy 2 MW może zapobiec emisji 250 t CO2 rocznie, a także 1,5 t azotanów, 2 t siarczanów i 17,5 t pyłów emitowanych przez elektrownie węglowe do atmosfery – wymienia ekspert. – Farmy fotowoltaiczne są pod tym względem jeszcze bardziej korzystne dla środowiska. Przez to, że wyłączamy zwykle słabej jakości grunty z intensywnej obróbki rolnej z użyciem oprysków chemicznych, uzyskujemy dodatkową korzyść w postaci wzbogacenia bioróżnorodności i ochrony gatunków. Tam siedliska znajdują liczne ptaki, owady, zapylacze, chronimy ten obszar przed pustynnieniem. Dodatkowo on nie jest uprawiany przez rolników, więc maszyny nie emitują dwutlenku węgla.
Jak wskazuje, kolejnym powodem przemawiającym za rezygnacją z elektrowni węglowych jest też fakt, że zużywają one ogromne ilości wody, której potrzebują m.in. do chłodzenia bloków. Według szacunków Greenpeace polska energetyka węglowa odpowiada za aż 70 proc. poboru wody w Polsce, co jest jednym z najwyższych wskaźników w skali całego świata, a w czasie suszy i upałów grozi wyłączeniami dostaw prądu.
– To jest informacja druzgocąca w dobie wszechobecnej suszy, wywołującej gigantyczne pożary lasów. Susza dodatkowo obniża też poziom wód w rzekach i jeziorach, a letnie upały zwiększają ich temperaturę, co wpływa na spadek możliwości schładzania generatorów i zmniejsza możliwości produkcyjne elektrowni węglowych – mówi Tomasz Wiśniewski. – Jeśli Polska zwiększy udział OZE w miksie energetycznym i zrezygnuje z energetyki węglowej na rzecz ekologicznych elektrowni, to zaoszczędzimy miliardy litrów wody rocznie.
To także oszczędności finansowe wynikające z mniejszego importu paliw kopalnych.
– Każdy gigawat mocy wiatraków na lądzie to w skali roku ok. 2 mld zł oszczędności na imporcie gazu. Dlatego – nawet jeżeli komuś jest to obojętne i jest tak krótkowzroczny, że nie zwraca uwagi na ochronę klimatu – być może argumenty ekonomiczne będą bardziej przekonujące, że warto inwestować w OZE i mieć własny prąd z odnawialnych, darmowych źródeł energii, jakimi są wiatr i słońce – dodaje prezes Pracowni Finansowej.
Według danych Agencji Rynku Energii w Polsce udział OZE sukcesywnie rośnie. W kwietniu br. moc zainstalowana odnawialnych źródeł energii wzrosła o 5,1 GW rok do roku i sięgnęła w sumie 24,4 GW, co stanowi już blisko 40 proc. łącznej mocy zainstalowanej wszystkich źródeł energii elektrycznej. Największym źródłem energii z OZE pozostaje fotowoltaika (w kwietniu br. jej moc zainstalowana wynosiła prawie 13,5 GW, czyli ponad 55 proc. wszystkich mocy źródeł odnawialnych), na drugim miejscu są zaś elektrownie wiatrowe na lądzie. Zgodnie z danymi Polskich Sieci Elektroenergetycznych w ubiegłym roku produkcja energii z energetyki wiatrowej wyniosła blisko 19 TWh, co oznacza 15-proc. wzrost r/r.
– Skala inwestycji w farmy wiatrowe jest dziś zdecydowanie mniejsza, niż mogłaby być, ponieważ kilka lat temu zablokowano tę branżę. Powstawały jedynie pojedyncze turbiny wiatrowe i to tylko dzięki ogromnemu wysiłkowi inwestorów, którzy uparli się na to, żeby te elektrownie budować – mówi Tomasz Wiśniewski. – Farmy fotowoltaiczne pod tym względem wypadają lepiej, ponieważ ten rynek nie był zablokowany, aczkolwiek brakuje miejsc, gdzie można te farmy podłączyć. W ubiegłym roku urzędy wydały rekordowe 7 tys. odmów przyłączeniowych na 51 GW mocy, czyli ok. 25 proc. tego, co potrzebujemy, żeby przejść w 100 proc. na OZE i uniezależnić się od dostaw węglowodorów z zagranicy.
Ekspert wskazuje, że w Polsce rozwój energetyki wiatrowej na lądzie w 2016 roku całkowicie zablokowała tzw. ustawa odległościowa, która wprowadziła zasadę 10H, czyli normę określającą, w jakiej odległości od zabudowań mogą powstawać elektrownie wiatrowe. Zgodnie z nazwą limit wynosił 10-krotność wysokości wiatraka, czyli około 1,5–2,5 km. W praktyce wyłączyło to z możliwości stawiania wiatraków ok. 99,7 proc. obszaru Polski.
Na początku tego roku ustawa została zliberalizowana, a zasadę 10H zastąpił wymóg stawiania wiatraków w odległości nie mniejszej niż 700 m od zabudowań i dodatkowe obwarowania, jak m.in. konieczność uzgodnienia planów miejscowego zagospodarowania ze wszystkimi gminami, które są w sferze oddziaływania turbin. Branża onshore (która optowała, żeby ta odległość wynosiła 500 m) ocenia, że w praktyce wciąż nie pozwoli to na pełne odblokowanie tej gałęzi energetyki.
– Potrzebny jest kolejny krok albo nawet kilka kolejnych kroków, żeby odblokować lądową energetykę wiatrową – podkreśla prezes Pracowni Finansowej.
Jak zaznacza, warunkiem koniecznym dla rozwoju odnawialnych źródeł energii w Polsce są też inwestycje w rozwój i modernizację sieci dystrybucyjnych, które powinny zostać zrealizowane jak najszybciej.
– W Polsce są inwestorzy, którzy chcą inwestować w odnawialne źródła energii. Jedynym problemem jest możliwość przyłączenia tych źródeł do sieci. Gdyby rząd zainwestował w modernizację sieci przesyłowych, to na pewno znajdą się inwestorzy, którzy sfinansują całą resztę – ocenia ekspert.
Różnice płciowe w aktywności wokalnej pojawiają się już u niemowląt. W pierwszym roku życia...
W Sejmie trwają prace nad przepisami dla spółdzielni energetycznych. Planowane jest także wsparcie doradcze...
Inaczej niż w wielu krajach Europy Zachodniej w Polsce spółdzielnie energetyczne nie są zbyt popularne, a przepisy, które mają zdynamizować ich rozwój, są dopiero na etapie procedowania. – Żeby szerzej upowszechnić model społecznej energetyki, trzeba przede wszystkim dobrze go zaplanować, a w tym celu trzeba też wykonać pracę doradczą – podkreśla Andrzej Kaźmierski z Ministerstwa Rozwoju i Technologii. Resort planuje w tym roku uruchomić nabory w wartym ponad 95 mld euro konkursie, który ma dostarczyć samorządom know-how i zapewnić wsparcie przedinwestycyjne dla takich projektów. Wciąż czeka jednak na uruchomienie w tym celu środków z KPO.
– Wszelkie lokalne, społeczne formy działania w energetyce pozwalają równoważyć popyt z podażą. Stąd też istotne zadanie gmin, samorządów jako inicjatorów i koordynatorów takich działań – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Kaźmierski, dyrektor Departamentu Gospodarki Niskoemisyjnej w Ministerstwie Rozwoju i Technologii.
Spółdzielnie energetyczne tworzą lokalny rynek energii dla swoich członków poprzez zbiorową działalność prosumencką. W krajach Europy Zachodniej ten model rozproszonej energetyki od lat cieszy się sporą popularnością ze względu na długą listę zalet, do których zaliczają się m.in. tańsza energia i większe bezpieczeństwo energetyczne na poziomie lokalnym. W Polsce spółdzielnie energetyczne nie są jeszcze zbyt rozpowszechnione – w wykazie prowadzonym przez Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa figuruje w tej chwili tylko 13 takich podmiotów, z czego większość zarejestrowanych w tym roku. Jednak ich liczba szybko rośnie, a samorządy – zachęcone m.in. wysokimi cenami energii – są coraz bardziej zainteresowane tworzeniem takich struktur.
– Im bardziej lokalne działania, tym efektywniej, tym bardziej zrównoważona będzie sieć, mniej przesyłu i niższe koszty tego przesyłu oraz łatwiejsze zarządzanie siecią z poziomu krajowego. Co więcej to daje też kilka dodatkowych efektów – angażuje lokalną społeczność i tworzy kapitał społeczny, a przy okazji miejsca pracy. To nie jest wysiłek państwa, to jest własny kapitał, który służy lokalnej społeczności – wymienia Andrzej Kaźmierski.
W Sejmie trwają prace nad nowelizacją ustawy o OZE, która ma zdynamizować rozwój spółdzielni energetycznych. Projekt nowych przepisów, który został przygotowany przez zespół ekspercki w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi, przewiduje m.in. ułatwienia dla przyłączania do sieci nowych źródeł OZE działających na rzecz spółdzielni energetycznych, doprecyzowanie kwestii umów zawieranych przez sprzedawcę energii z poszczególnymi członkami spółdzielni energetycznej i operatorem systemu dystrybucyjnego, rozszerzenie terytorialnego zakresu działania i uproszczenie sprawozdawczości spółdzielni energetycznych.
– Planowane systemy wsparcia adresują – i to chyba nie najgorzej – potrzeby spółdzielni i społeczności energetycznych – mówi dyrektor Departamentu Gospodarki Niskoemisyjnej w Ministerstwie Rozwoju i Technologii.
Jak podkreśla, w procesie tworzenia spółdzielni energetycznych i innych form zbiorowej energetyki prosumenckiej niezbędne jest jednak wsparcie przedinwestycyjne i dostarczenie samorządom odpowiedniego know-how. Dlatego pod koniec tego roku Ministerstwo Rozwoju i Technologii zamierza uruchomić projekt pt. „Instalacje OZE realizowane przez społeczności energetyczne”, który ma promować lokalne inicjatywy takie jak spółdzielnie, ale i klastry energii czy prosumenci zbiorowi/wirtualni, mające potencjał do odegrania znaczącej roli w polskiej transformacji energetycznej.
W ramach tego projektu MRIT dofinansuje 139 projektów obejmujących działania przedinwestycyjne, czyli opracowania optymalnego modelu prawno-organizacyjnego i biznesowego potrzebnego do uruchomienia lub rozwoju społeczności energetycznej (a także 10 projektów na dalszym etapie, obejmujących działania inwestycyjne).
– Kluczowe jest racjonalne zaplanowanie pod względem prawnym i narzędziowym sposobu rozliczenia wzajemnego członków spółdzielni, czyli to jest praca doradcza. Dlatego w planowanych w najbliższym czasie programach wsparcia pojawiają się projekty doradcze przygotowujące spółdzielnie do startu, przygotowujące społeczności energetyczne do rozpoczęcia działalności i aplikowania o fundusze, bo żeby to zrobić, trzeba mieć mnóstwo danych – wiedzę o własnych potrzebach, możliwościach, sposobie wykorzystania tej energii, sposobie wykorzystania tych pieniędzy, efekcie środowiskowym etc. Dlatego właśnie pojawiają się projekty doradcze. One będą działały dopiero od III–IV kwartału tego roku, ale regulamin jest już ogłoszony, a samorządy są o tym szeroko poinformowane i już czekają. W trakcie dogrywania są kwestie proceduralne i mam nadzieję, że w sierpniu br. będą ogłaszane nabory – mówi Andrzej Kaźmierski.
Ten termin nie jest jeszcze pewny, ponieważ projekt zaplanowany przez MRiT, którego budżet sięga 95,5 mln euro, ma być realizowany ze środków unijnych pochodzących z Krajowego Planu Odbudowy. Wciąż nie wiadomo, kiedy te fundusze zostaną uruchomione.
– Być może w ramach programów wsparcia dla społeczności energetycznych pojawią się też projekty inwestycyjne finansowane z KPO. Prawdopodobnie tak, ale dla tych, którzy już wiedzą, czego chcą, umieją to opisać i są przygotowani, gotowi do aplikowania o fundusze – zapowiada dyrektor Departamentu Gospodarki Niskoemisyjnej w Ministerstwie Rozwoju i Technologii.
O możliwościach i korzyściach, jakie się wiążą ze spółdzielniami energetycznymi, eksperci debatowali podczas konferencji pt. „Spółdzielnie energetyczne czarnym koniem transformacji” zorganizowanej przez Polską Zieloną Sieć.
Biedronka w tym roku postawi na swoich parkingach 150 stacji ładowania elektryków. Do końca...
Dla co piątego start-upu brak wiedzy i doświadczenia jest barierą w rozwoju. 90 mln...
Jak wskazuje Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, w Polsce wiele dobrych pomysłów nie zostaje wdrożonych, bo ich twórcom brakuje znajomości środowiska biznesowego i środków na ich realizację. Aby takich sytuacji było jak najmniej, ważne jest wsparcie programów akceleracyjnych. Dlatego w uruchomionym właśnie konkursie, prowadzonym w ramach programu Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki, PARP szuka instytucji, które będą potrafiły skutecznie przekazywać biznesową wiedzę, doświadczenie i wspierać mentorsko start-upy w początkowej fazie ich rozwoju. Na ten cel przeznaczy ponad 90 mln zł. Część z tych pieniędzy trafi też do młodych, innowacyjnych biznesów w formie grantów.
– Finansowanie nie jest kluczowym elementem rozwoju start-upów. Owszem, jest ważnym elementem, ale najważniejsze jest wsparcie merytoryczne, jakie daje start-upom akcelerator na bardzo wczesnym etapie ich rozwoju. Trzeba pamiętać, że takie biznesy na początku swoich ścieżek biznesowych często nie za bardzo wiedzą, jak się po nich poruszać. Operator jest właśnie od tego, żeby wskazać drogę, pokierować je w odpowiedni sposób – mówi agencji Newseria Biznes Aleksandra Krechel, starszy specjalista w Departamencie Rozwoju Startupów Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.
Jak wynika z ostatniego raportu Fundacji Startup Poland („Polskie startupy 2022”), wśród największych wyzwań wymienianych przez młode biznesy jest nie tylko kwestia pozyskiwania finansowania, ale też m.in. otoczenie prawne i częste zmiany legislacyjne, biurokracja, problemy z pozyskiwaniem pracowników o odpowiednich kompetencjach, brak wiedzy o procesie pozyskania inwestorów w ramach pierwszej i kolejnych rund oraz o współpracy biznesowej z dużymi firmami i korporacjami. Prawie co piąty właściciel start-upu (19 proc.) wskazał, że to właśnie brak wiedzy i odpowiedniego doświadczenia jest największą barierą w rozwoju jego działalności.
Na ten problem odpowiadają akceleratory i inkubatory przedsiębiorczości, które – jak wynika z raportu – odnotowują stale rosnącą liczbę odbiorców technologii, gotowych na dojrzałą współpracę ze start-upami. Eksperci Fundacji Startup Poland prognozują, że rola takich podmiotów – wspierających innowacyjnych przedsiębiorców nie tylko kapitałowo, ale przede wszystkim merytorycznie, networkowo i biznesowo – będzie coraz większa.
– Wyłonienie takich akceleratorów, działających na rzecz innowacyjności, jest główną ideą programu Startup Booster Poland. Szukamy w nim podmiotów, które mają już doświadczenie w akceleracji i będą prowadzić spersonalizowane, profesjonalne działania na rzecz rozwoju start-upów – mówi Aleksandra Krechel.
Celem prowadzonego przez PARP konkursu jest wybór operatorów programów akceleracyjnych Smart Up. O wsparcie – wynoszące od 10 do 18 mln zł (maksymalnie 80 proc. kwalifikowalnych kosztów operacyjnych) – mogą się w nim ubiegać podmioty działające na rzecz innowacyjności i realizujące programy akceleracji, które przyspieszają rozwój start-upów, pomagają im udoskonalać swoje produkty i usługi oraz zwiększać sprzedaż. Mogą być to m.in. inkubatory akademickie, parki technologiczne, centra transferu technologii lub centra innowacji. Nabór wniosków o dofinansowanie realizacji programów akceleracyjnych ruszył 13 czerwca br. i potrwa do 22 sierpnia tego roku. Aplikacje można składać tylko za pośrednictwem systemu LSI na stronie PARP.
Kwotę dofinansowania operatorzy programów akceleracji będą mogli przeznaczyć na koszty wynagrodzeń dla ekspertów i członków zespołu realizującego program akceleracji, koszty działań informacyjno-promocyjnych (np. organizacji wydarzeń mających na celu pozyskanie aplikacji start-upów, organizacji Demo Days etc.), a także koszty grantów udzielanych start-upom.
– Start-upy mogą uzyskać wsparcie w formie pieniężnej w wysokości 400 tys. zł w czterech ścieżkach. Są to: akceleracja branżowa z partnerem, zarówno publicznym, jak i biznesowym, następnie akceleracja z udziałem funduszu venture capital, akceleracja Go Global oraz akceleracja Poland Prize – wymienia ekspertka PARP. – Jest jeszcze ostatnia ścieżka, czyli akceleracja z sector-agnostic, bez udziału odbiorcy technologicznego, dlatego tutaj kwota możliwego do pozyskania wsparcia jest nieco niższa i sięga 200 tys. zł.
Jak wskazuje, kwotę grantu i ścieżkę akceleracji będzie każdorazowo określać operator programu wraz ze start-upem, w zależności od jego potrzeb i poziomu rozwoju.
– Aby pozyskać taki grant, start-up powinien być przede wszystkim przedsiębiorstwem innowacyjnym, stworzonym w celu poszukiwania niepowtarzalnego, rentownego oraz innowacyjnego modelu biznesowego. Ponadto musi oczywiście wziąć udział w naborze, który ogłosi akcelerator, i spełnić określone przez niego kryteria – mówi Aleksandra Krechel.
Startup Booster Poland ma umożliwić m.in. skalowanie rozwiązań start-upów poprzez współpracę z inwestorami i odbiorcami technologii oraz przygotować młode spółki do ekspansji zagranicznej. Program przewiduje także możliwość sprowadzania zagranicznych start-upów w celu rozwoju ich działalności jako polska spółka.
Budżet programu, którym dysponuje PARP, sięga 91 mln zł. Pieniądze pochodzą z programu Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki 2021–2027, którego celem jest wspieranie rozwoju i zwiększanie potencjału w zakresie badań i innowacji oraz wykorzystania zaawansowanych technologii.

Specustawa dotycząca biogazowni rolniczych na ostatniej prostej. Polska ma szansę być w tym obszarze...
Coraz więcej technologii w finansach. Polacy chętnie korzystają z usług fintechów, choć tylko 4...
Aż 90 proc. Polaków zna, a 60 proc. korzysta na co dzień z PayPala, Blika czy PayU. Mimo to tylko 4 proc. świadomie deklaruje korzystanie z usług fintechów – wynika z badania „Sieci jutra” przeprowadzonego przez Maison & Partners na zlecenie firmy Smartney. – To pokazuje, że klienci bardzo chętnie korzystają z rozwiązań technologicznych oferowanych przez fintechy, często nawet o tym nie wiedząc – komentuje Tomasz Głodowski, dyrektor marketingu i sprzedaży Smartneya. Jak wskazuje, branża finansowa wdraża coraz więcej rozwiązań opartych m.in. na sztucznej inteligencji, aby usprawniać procesy i lepiej odpowiadać na oczekiwania klientów. Jednak musi przy tym postawić mocny akcent na cyberbezpieczeństwo, ponieważ jest to jedna z największych obaw Polaków korzystających z usług finansowych w sieci.
– Sztuczna inteligencja to zdecydowanie przyszłość branży finansowej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Głodowski, dyrektor marketingu i sprzedaży Smartneya. – Sami już korzystamy z rozwiązań bazujących na automatyzacji procesów czy automatyzacji części decyzji kredytowej. Aktualnie mierzymy się z tematem sztucznej inteligencji w marketingu i wdrażamy rozwiązania, których będziemy niedługo używać w codziennej pracy. To mocno usprawnia procesy wewnątrz firmy.
Fintech Smartney, który zadebiutował na polskim rynku w 2018 roku, szybko zbudował wokół siebie technologiczny ekosystem. Od jakiegoś już czasu korzysta z rozwiązań opartych na AI. Teraz rozpoczyna wdrażanie narzędzi AI na szerszą skalę. Jednak już w ubiegłym roku – dzięki szerokiemu wykorzystaniu narzędzi technologicznych – zanotował ponad 400-proc. wzrosty w obszarze e-commerce.
Tomasz Głodowski, który przyczynił się do tego sukcesu – a od maja tego roku kieruje połączonymi zespołami sprzedaży online, offline i marketingu –podkreśla, że sztuczna inteligencja, algorytmy, Big Data, analiza predykcyjna, ale i nowe kanały komunikacji z klientami, chatboty czy technologie takie jak metaverse już zdominowały branżowe konferencje i wkrótce zrewolucjonizują branżę finansową. Mają też coraz szersze zastosowanie w każdej części tego biznesu – w marketingu, do celnego targetowania kampanii skierowanych do użytkowników, w obsłudze klientów, tworzeniu treści, a przede wszystkim w automatyzacji i optymalizacji procesów kredytowych.
– Korzystamy z technologii otwartej bankowości, narzędzi AIS do potwierdzania tożsamości, przelewów natychmiastowych i algorytmów decyzyjnych wspomagających nas w wyliczaniu zdolności kredytowej czy dopasowywaniu najlepszej oferty dla klienta, więc tej technologii pod spodem jest bardzo dużo. Klient często nawet o niej nie wie, ale korzysta z niej, ponieważ dzięki temu procesy są szybsze i płynniejsze – mówi ekspert. – Oczywiście trzeba być ostrożnym z używaniem tego typu narzędzi, przede wszystkim ze względu na ochronę danych. Trzeba uważać, jakimi danymi się je karmi, zwrócić uwagę, aby to nie były dane wrażliwe, i wewnętrznie uregulować w organizacji kwestie stosowania narzędzi. Do wykorzystywania sztucznej inteligencji trzeba się więc dobrze przygotować.
Jak wskazuje, proces kredytowy musi być naszpikowany nowoczesnymi rozwiązaniami, aby był łatwy i szybki, a klientowi udało się go przejść w ciągu kilku minut. Dlatego fintechy muszą dziś korzystać m.in. z open bankingu, który pozwala szybko zebrać dane z wielu źródeł, narzędzi AIS do natychmiastowego potwierdzania tożsamości i samouczących się algorytmów, opartych na AI, które wspierają analizę dochodu i ryzyka kredytowego. W efekcie decyzja kredytowa jest wydawana praktycznie w czasie rzeczywistym, a dzięki płatnościom natychmiastowym klient otrzymuje środki na konto w ciągu kilku minut. Fintechom wykorzystanie narzędzi opartych na AI pozwala z kolei lepiej przewidywać ryzyka, trendy finansowe i identyfikować nieprawidłowości w procesie kredytowym.
– Z naszych badań wynika, że jest bardzo duże zapotrzebowanie na wykorzystanie tych nowych technologii w branży finansowej – mówi Tomasz Głodowski. – Co ciekawe aż 90 proc. Polaków ma świadomość istnienia fintechów, ale tylko 4 proc. z nich deklaruje, że z nich czynnie i aktywnie korzysta. To pokazuje, że klienci bardzo chętnie korzystają z rozwiązań technologicznych, często nawet o tym nie wiedząc.
Na zlecenie Smartneya firma badawcza Maison & Partners sprawdziła, w jaki sposób Polacy korzystają z nowych technologii i usług finansowych w sieci. Z badania przeprowadzonego na grupie blisko 1,1 tys. osób wynika, że prawie połowie Polaków (49 proc.) odpowiada upraszczanie usług finansowych, które przekłada się przede wszystkim na wygodę i oszczędność czasu. Mieszkańcu naszego kraju bardzo chętnie korzystają też z usług fintechów, nawet nie mając takiej świadomości. W badaniu Maison & Partners tylko 4 proc. świadomie zadeklarowało korzystanie z usług takich firm. Jednak już 60 proc. wskazało, że korzysta na co dzień (a 90 proc. zna) z PayPala, Blika czy PayU.
– Klient widzi tylko prosty, łatwy i szybki proces – i o to właściwie chodzi, bo on nie potrzebuje znać wszystkich szczegółów, które kryją się pod spodem, pod algorytmami podejmowania decyzji kredytowej, algorytmami wypłaty czy dopasowania oferty. Jego to nie interesuje, on jest tylko beneficjentem decyzji kredytowej i tego, że otrzymał finansowanie szybko, prosto i wygodnie. Tak więc z punktu widzenia klientów jest zapotrzebowanie na nowoczesne rozwiązania technologiczne, chociaż ono nie jest w pełni świadome. Oni po prostu oczekują pewnych procesów, do których przyzwyczaili się już w internecie, korzystając z innych usług internetowych, z social mediów, usług dostarczanych przez wielkie, zagraniczne koncerny. I przekładają to po prostu na branżę finansową. A branża robi bardzo dużo, żeby ułatwić procesy i wygodę korzystania z usług – mówi dyrektor marketingu i sprzedaży Smartneya.
Jak podkreśla, w tym celu branża finansowa będzie też wdrażać coraz więcej narzędzi technologicznych opartych na sztucznej inteligencji. Jednak musi przy tym zadbać o cyberbezpieczeństwo, ponieważ to – jak wynika z badania Maison & Partners – jest jedną z największych obaw Polaków korzystających z usług finansowych w sieci. Chociaż 82 proc. respondentów nigdy nie doświadczyło negatywnych zdarzeń związanych z lukami w cyberbezpieczeństwie, to jednak 69 proc. obawia się, że ktoś ukradnie ich dane personalne i je wykorzysta. 62 proc. Polaków wciąż uważa też zaciąganie kredytów online za niebezpieczne, chociaż branża finansowa od lat wiedzie prym w obszarze cyberbezpieczeństwa i ochrony danych.
– To pokazuje, że przed branżą stoi ogromny wysiłek edukacyjny, aby oswoić Polaków z wykorzystywaniem technologii w finansach – mówi Tomasz Głodowski. – Obowiązkiem całego rynku i firm takich jak nasza jest też edukacja klientów w zakresie bezpieczeństwa w sieci, uświadamiania tych zagrożeń, uświadamianie im coraz to nowszych trików stosowanych przez oszustów w sieci. Niezbędne są też działania prewencyjne z naszej strony, zarówno w przypadku fraudów, jak i oszustów, którzy próbują wykorzystać dane osobowe klienta i podszywać się pod niego w sieci.
Z badania Maison & Partners przeprowadzonego na zlecenie Smartneya wynika, że aż 8 na 10 Polaków deklaruje przestrzeganie podstawowych zasad związanych z cyberbezpieczeństwem w sieci. Jednak istnieje też spora grupa osób, które nie przykładają do tego należytej uwagi – 40 proc. badanych używa prostych haseł, a ponad połowa (53 proc.) nie zmienia ich regularnie. Akcje edukacyjne nie są na razie w stanie wygrać z ich wygodą. To jednak stanowi dla firm z branży finansowej poważne wyzwanie, bo to one poniosą odpowiedzialność za ewentualne niedociągnięcia w zakresie bezpieczeństwa. Dlatego, jak wskazuje ekspert, fintechy muszą w pewnym stopniu myśleć o nim obok, a nawet za swoich klientów.
– Co ciekawe 74 proc. Polaków deklaruje, że ma średnią lub dobrą wiedzę w zakresie cyberbezpieczeństwa, a 68 proc. czuje się w sieci bezpiecznie. To potwierdza tezę, że im więcej wiedzą na temat potencjalnych zagrożeń, tym czują się bezpieczniejsi – zauważa dyrektor marketingu i sprzedaży Smartneya.
Rozwój rynku wielkoskalowych magazynów energii przyspiesza. W planach inwestycje o wartości powyżej miliarda złotych
Budowa wielkoskalowych bateryjnych magazynów energii przyspiesza zarówno globalnie, jak i w Polsce – czego przykładem są projekty, które pojawiły się podczas ostatniej, grudniowej aukcji mocy. Po raz pierwszy 17-letnie kontrakty mocowe zdobyło wówczas pięć takich instalacji o łącznej mocy ok. 165 MW. – Do tej pory mieliśmy w Polsce do czynienia tylko z wybranymi, bardzo małymi projektami magazynów energii. Myślę, że zainteresowanie tak naprawdę dopiero teraz się wykreuje – mówi Jacek Bogucki z Banku Gospodarstwa Krajowego. Jak wskazuje, jeszcze do niedawna problemem było też finansowanie dłużne takich inwestycji, ale i to już się zmienia.
– W obecnej aukcji mocy na rok 2028 jest w sumie ok. 16 gigawatów projektów magazynowych, czyli naprawdę potężna ilość – aczkolwiek z zastrzeżeniem, że w prekwalifikacji, która była na początku roku, nie trzeba było mieć warunków technicznego przyłączenia do sieci. Teraz będzie kolejna certyfikacja, po której dopiero zobaczymy, jaka jest realna liczba tych projektów magazynowych, która będzie zgłoszona do aukcji grudniowej. Liczymy, że to wciąż będzie pokaźna liczba – mówi Jacek Bogucki, dyrektor Biura Branży Energetycznej i Technologii, Departament Analiz Branżowych Banku Gospodarstwa Krajowego.
Magazyny energii po raz pierwszy pojawiły się dopiero w siódmej aukcji na polskim rynku mocy, w grudniu ub.r. Podczas aukcji głównej na rok dostaw 2027 17-letnie kontrakty mocowe zdobyło pięć takich instalacji o łącznej mocy ok. 165 MW. Największy pozyskała spółka Columbus Energy, która zakontraktowała prawie 124 MW w planowanym w południowej Polsce magazynie o mocy 133 MW i pojemności 532 MWh. 17-letni kontrakt na 21 MW dla magazynu energii elektrycznej powstającego na Podkarpaciu zdobyła notowana też na giełdzie w Sztokholmie firma OX2, a wśród zwycięzców aukcji znalazły się też Battery ESS-1 (9,2 MW), PKE Pomorze we współpracy z Hynfra Energy Storage i funduszem Heyka Capital Markets Group (6,5 MW) oraz Energa Wytwarzanie (3,8 MW).
Nie było wśród nich zapowiadanego przez Grupę PGE wielkoskalowego, bateryjnego magazynu energii w Żarnowcu. Prawdopodobnie pojawi się jednak podczas aukcji głównej na rok dostaw 2028, zaplanowanej przez PSE na 14 grudnia br.
– Projekt PGE Żarnowiec to instalacja o mocy powyżej 200 MW i wartości z pewnością powyżej miliarda złotych. Ale zakładając, że wsparcie uzyskane z rynku mocy będzie takie jak w ostatnich latach, to jest to projekt w dużej mierze bankowalny, który może liczyć na finansowanie w wysokości nawet 200–300 mln zł, może i więcej – mówi ekspert.
Jak wskazuje, jeszcze do niedawna zainteresowanie rynkiem magazynowania energii i inwestowaniem w takie instalacje było niewielkie – zarówno w Polsce, jak i globalnie. Jednak to się zmienia na przestrzeni ostatnich kilku lat. Według wyliczeń BloombergNEF w 2022 roku padł rekord i globalnie do użytku oddano 16 GW mocy (35 GWh pojemności), co stanowiło wzrost o 68 proc. r/r, a kilka państw ogłosiło ambitne cele w zakresie magazynowania energii o łącznej wartości ponad 130 GW do 2030 roku. Według prognoz w kolejnych latach rynek ma rosnąć w średniorocznym tempie 23 proc., a skumulowana prognoza na koniec tej dekady to 508 GW (1432 Gwh), z czego 114 GW w regionie EMEA.
Rosnące zainteresowanie widać też w Polsce, gdzie ambitne plany związane z inwestycjami w magazynowanie energii mają zarówno prywatne podmioty, jak również państwowe spółki energetyczne. Dla przykładu aktualna strategia Grupy PGE zakłada budowę jednostek magazynowania o łącznej mocy co najmniej 800 MW do 2030 roku, a budowany przez nią bateryjny magazyn energii w Żarnowcu (o mocy powyżej 200 MW i pojemności powyżej 820 MWh) będzie największą jak dotąd instalacją tego typu w Europie.
– Do tej pory mieliśmy w Polsce do czynienia tylko z wybranymi, bardzo małymi projektami magazynów energii. Co więcej one były jeszcze realizowane najczęściej w innej formule. Myślę, że zainteresowanie tak naprawdę dopiero teraz się wykreuje – mówi Jacek Bogucki.
W Polsce legislacja dopiero od 2021 roku uwzględnia magazyny energii. Ekspert BGK wskazuje, że jeszcze do niedawna problemem było też finansowanie dłużne takich inwestycji. Jednak i to powoli się zmienia.
– Przychód takiego magazynu pochodzi w zasadzie z trzech źródeł. Pierwsze to rynek mocy i do tej pory wsparcie, które można było stąd otrzymać, było raczej niskie, wynosiło około 200–250 tys. zł za megawat. Jednak podczas ostatniej aukcji to wsparcie wyniosło już 400 tys. zł, więc było istotnie wyższe. Druga kwestia to oczywiście wsparcie w postaci regulacyjnych usług systemowych. Jeszcze do niedawna w rachunkach ekonomicznych widzieliśmy potężną niepewność co do tego założenia. Teraz wiemy już nieco więcej i faktycznie wydaje się, że te pierwsze projekty, które będą w eksploatacji, dostaną już dość wysoki poziom tych regulacyjnych usług wsparcia, przynajmniej przez pierwsze lata. A to z pewnością pozwoli już tym projektom wygenerować adekwatny zwrot dla akcjonariuszy. Szczególnie biorąc pod uwagę, że jest jeszcze trzecie źródło dochodów dla magazynów, mianowicie gra na spreadach cenowych w trakcie doby – mówi Jacek Bogucki.
Jak wskazuje, ożywienie na rynku magazynowania energii odzwierciedlają projekty, które pojawiły się podczas ostatniej aukcji mocy. Planowany przez OX2 magazyn na Podkarpaciu – o mocy 50 MW i pojemności 100 MWh – ma już zabezpieczone warunki przyłączenia i trwa proces deweloperski zmierzający do wyboru wykonawcy. Podobnie jest w przypadku spółki Columbus Energy, która planuje uruchomić swój magazyn o mocy 133 MW i pojemności 532,4 MWh w 2026 roku. Firma posiada warunki przyłączenia na całą moc magazynu i negocjuje z podmiotami zainteresowanymi realizacją tej inwestycji. Według podanych przez nią informacji jej wartość jest szacowana na ok. 1 mld zł i będzie finansowana ze środków zewnętrznych.
– Te projekty jak najbardziej będą mogły uzyskać finansowanie, bo ich przewidywalność ekonomiczna jest wysoka. I myślę, że co najmniej do wysokości wsparcia z rynku mocy takie projekty będą bankowalne i będą mogły uzyskać wsparcie w postaci finansowania dłużnego – mówi ekspert BGK.
Columbus Energy planuje na południu Polski jeszcze dwa wielkoskalowe magazyny – jeden o mocy 62,7 MW (250,8 MWh pojemności), którego wartość jest szacowana na ok. 500 mln zł, oraz drugi – o mocy 202,44 MW (810,18 MWh) i kosztach szacowanych na ok. 1,6 mld zł. Spółka podaje, że w obu przypadkach ma już warunki przyłączenia do sieci przesyłowej, a zaplanowane projekty będą realizowane z wykorzystaniem finansowania zewnętrznego.
O konieczności położenia większego nacisku na inwestycje w magazyny energii dyrektor Biura Branży Energetycznej i Technologii w Departamencie Analiz Branżowych BGK wraz z innymi przedstawicielami rynku energetycznego dyskutował podczas debaty „OZE i magazynowanie energii. Strategia, rozwój, logistyka i technologia”, zorganizowanej przez agencję Newseria w ramach cyklu spotkań HASHDebatyPodNapięciem.
Podjęte zobowiązania klimatyczne pozwolą utrzymać globalne ocieplenie na poziomie poniżej 2 stopni. Wielu krajom...
Nowe przepisy unijne mogą się przyczynić do zalania rynku milionami ton plastiku. Będą ograniczać...
UE jest bliska uzgodnienia nowego kształtu dyrektywy PPWD, której celem jest ograniczenie ilości odpadów opakowaniowych. Ich ilość gwałtownie wzrosła wraz z pandemią i coraz większą popularnością internetowego handlu. Dlatego nowe przepisy mają m.in. nałożyć na sprzedawców internetowych obostrzenia dotyczące pakowania produktów w źle dopasowane, za duże pudełka i promować opakowania wielorazowe. Ta zmiana – jak wynika z analiz FEFCO – paradoksalnie może się jednak przyczynić do zalania rynku milionami ton tworzyw sztucznych. Będzie bowiem dyskryminować wykorzystywane w e-commerce papier i tekturę – czyli te materiały opakowaniowe, które są w tej chwili najczęściej poddawane recyklingowi – na rzecz plastiku, lepiej spełniającego wymóg wielokrotnego użytku w przypadku opakowań.
– Doceniliśmy komfort, jaki dają zakupy online, a obostrzenia w trakcie pandemii COVID-19 spowodowały, że coraz więcej kupujemy w internecie. Jednak wraz ze wzrostem sprzedaży online wzrosła również ilość generowanych odpadów, co skłoniło Komisję Europejską do prac nad rewizją dyrektywy PPWD – mówi Damian Kuraś, dyrektor Instytutu ESG.
Jednym ze skutków ubocznych pandemii COVID-19 okazały się setki ton odpadów – jednorazowych maseczek i rękawiczek, opakowań po posiłkach i dietach zamawianych do domów oraz paczek po zakupach ze sklepów internetowych. Dlatego Komisja Europejska rozpoczęła prace nad przepisami, które mają ograniczyć ilość odpadów opakowaniowych i przybliżyć kraje członkowskie UE do wdrożenia GOZ – gospodarki o obiegu zamkniętym. Temu właśnie ma służyć projektowana nowelizacja dyrektywy PPWD (Packaging and Packaging Waste Directive).
– Projekt dyrektywy PPWD ma ograniczyć zbędne odpady opakowaniowe poprzez wyeliminowanie takich praktyk jak np. dodatkowe folie, podwójne ściany czy fałszywe dna, wypełniacze w paczkach – mówi Damian Kuraś. – Wraz z nowelizacją tej dyrektywy mają też zostać ustalone limity dotyczące wielkości opakowań. Pusta przestrzeń w paczkach sprzedawanych przez internet będzie mogła stanowić maksymalnie 40 proc. ich objętości.
Jak wynika z badań przeprowadzonych przez DS Smith – jednego z największych w Europie producentów opakowań dla e-commerce – każdego roku w zbyt dużych opakowaniach do polskich konsumentów dostarczanych jest ponad 40 mln m3 powietrza. To tak, jakby Polacy zapłacili za wysłanie powietrza zgromadzonego w 13,5 tys. basenów olimpijskich. Co więcej pakowanie przesyłek w źle dopasowane pudełka co roku generuje prawie 2,5 mln dodatkowych kursów samochodów dostawczych, co przekłada się na ponad 42 tys. ton zbędnego CO2.
Aby ograniczyć te wskaźniki i zmniejszyć ilości odpadów opakowaniowych w e-commerce, KE chce zmniejszyć pustą przestrzeń w paczkach. Dlatego dla sprzedawców internetowych przewidziano wskaźnik pustej przestrzeni wynoszący maksymalnie 40 proc. całkowitej objętości paczki. Ponadto KE chce też zakazać wprowadzania na rynek paczek, które mają podwójne ściany, fałszywe dna czy inne elementy mające na celu stworzenie wrażenia zwiększonej objętości produktu.
– Na tych rozwiązaniach skorzysta nie tylko planeta, ale i sami konsumenci, ponieważ nie będzie już „matrioszkowych opakowań” i rozczarowania na końcu, kiedy okazuje się, że w wielkim pudełku jest np. malutki krem – mówi dyrektor Instytutu ESG.
Nowelizacja dyrektywy PPWD ma się też przyczynić do zwiększenia liczby opakowań wielokrotnego użytku. UE podaje, że do 2030 roku już 20 proc. opakowań w handlu elektronicznym powinno być wielokrotnego użytku, a do 2040 roku ten wskaźnik powinien wzrosnąć do 80 proc.
Ta zmiana – jak wynika z analiz FEFCO (Europejska Federacja Producentów Tektury Falistej) – paradoksalnie może się jednak przyczynić do zalania rynku milionami ton nowego plastiku.
– Kwestia ponownego użycia jest największym wyzwaniem, jakie niesie ze sobą ta dyrektywa. Gdybyśmy nałożyli ją na wszystkie materiały, to dla pewnych kategorii oznaczałoby tak naprawdę monopol na tworzywa sztuczne. W sektorze e-commerce czy w transporcie wymóg ponownego użycia oznaczałby, że na rynek musiałoby trafić ponad 8 mld opakowań z tworzyw sztucznych – mówi Kamila Koźbiał, dyrektor marketingu DS Smith w Europie Środkowo-Wschodniej.
Według niezależnej analizy przygotowanej przez FEFCO zastosowanie wymogu wielokrotnego użytku może się przyczynić do zdominowania niektórych segmentów rynku przez tworzywa sztuczne. Przykładowo, aby móc wypełnić unijne cele zawarte w nowelizacji dyrektywy PPWD w transporcie i e-commerce (w tej chwili obie branże bazują głównie na bardziej ekologicznych opakowaniach z kartonu i tektury), potrzebnych będzie ok. 8,1 mld nowych, plastikowych skrzynek o wadze ok. 12 mln t, do których mycia będzie potrzeba ok. 16 mld l wody.
– To mogłoby cofnąć wypracowane w ostatnich latach, pozytywne efekty zamiany plastiku na bardziej przyjazne środowisku surowce takie jak papier czy tektura – ostrzega Kamila Koźbiał.
Jak wskazuje, w skali Unii Europejskiej zaledwie ok. 38 proc. plastiku jest poddawane recyklingowi, na świecie ten wskaźnik jest jeszcze niższy i wynosi ok. 9 proc. Tymczasem w przypadku surowców takich jak papier i tektura falista wskaźniki recyklingu dochodzą do 80 proc.
– Co więcej opakowania z tektury bądź z papieru są biodegradowalne, czyli nawet jeżeli znajdą się na wysypiskach, zostaną poddane naturalnym procesom. A po drugie, tego typu opakowania powstają przede wszystkim z surowców odnawialnych, są tworzone w 90 proc. z recyklingowalnego materiału w ramach obiegu zamkniętego – mówi ekspertka DS Smith.
– Jesteśmy przekonani, że zarówno recykling, jak i ponowne użycie mają do odegrania ważną rolę we wspieraniu obiegu zamkniętego i powinny się uzupełniać. Zasady ponownego użycia powinny jednak być stosowane wyłącznie tam, gdzie jest to korzystne dla środowiska, gospodarki i społeczeństwa – dodaje Kamila Koźbiał.
Z analizy FEFCO wynika, że jeśli nowe, unijne przepisy wejdą w życie w aktualnym kształcie, będzie to sprzeczne z celami Zielonego Ładu, gospodarki o obiegu zamkniętym i wieloletnimi wysiłkami mającymi ograniczyć stosowanie tworzyw sztucznych w UE. Paradoksalnie będą bowiem promować plastik, który lepiej spełnia wymóg wielokrotnego użytku w przypadku opakowań, i dyskryminować papier i tekturę, czyli te materiały opakowaniowe, które są w tej chwili najczęściej poddawane recyklingowi.
Co więcej są też preferowane przez samych konsumentów, którzy zwracają coraz większą uwagę na problem zanieczyszczenia plastikiem.
– Według Euromonitora 65 proc. konsumentów deklaruje dziś, że są zaniepokojeni tym, co dzieje się z klimatem i ze środowiskiem. Jednocześnie 56 proc. ankietowanych deklaruje, że podejmują aktywne działania w celu zmniejszania użycia opakowań i produktów z tworzyw sztucznych w codziennym życiu. Z naszych badań wynika też, że jeżeli zaoferujemy konsumentom produkt w porównywalnej jakości i cenie, to 70 proc. z nich wybierze ten w opakowaniu z papieru bądź tektury, a nie ten, w którym są elementy z tworzywa sztucznego – mówi Kamila Koźbiał.
Branża producentów opakowań apeluje o wprowadzenie w rewizji dyrektywy PPWD takich zmian, które nie będą promować plastiku kosztem papieru i tektury ani uderzać w tę gałąź przemysłu, która już stawia ogromny nacisk na recykling i ekoprojektowanie zgodne z zasadami obiegu zamkniętego. Jednocześnie branża podkreśla, że wspiera kierunek zmian, nastawionych na ograniczenie ilości odpadów opakowaniowych.
– Opakowania stanowią w tej chwili bardzo duży problem środowiskowy, na jednego Europejczyka przypada ok. 180 kg odpadów opakowaniowych rocznie. Większość surowców pierwotnych jest przekształcana właśnie w opakowania, np. ponad 50 proc. tworzyw sztucznych kończy w postaci różnego rodzaju butelek czy pojemników na kosmetyki. I jeżeli ten trend się nie zatrzyma, ilość opakowań będzie gwałtownie rosła, nawet o 20 proc., a w przypadku plastiku o 47 proc. To są naprawdę ogromne ilości i stąd tak duży nacisk na poziomie Komisji Europejskiej, żeby zacząć ograniczać wprowadzanie tych opakowań na rynek – mówi Agnieszka Sznyk, prezeska Instytutu Innovo.
Obok zapisów dotyczących wielkości paczek czy opakowań wielorazowych w planowanej nowelizacji dyrektywy PPWD mają się też znaleźć wymogi dotyczące obowiązkowych poziomów udziału surowca z recyklingu (recyklatu) w wyrobach opakowaniowych. Ma to dotyczyć nie tylko opakowań z plastiku, np. butelek po napojach, ale także innych opakowań z tworzyw sztucznych, jak również tych produkowanych z innych materiałów.
– Te nowe przepisy dotyczące opakowań będą rewolucją dla wielu branż i sektorów gospodarki – począwszy od sektora spożywczego, po branżę kosmetyczną – ponieważ przewidują dość znaczące ograniczenia dotyczące wykorzystania i wprowadzania na rynek różnego rodzaju opakowań. Wiele branż będzie musiało zmienić swoje podejście do tego, w jaki sposób pakuje produkty dla konsumentów – mówi Agnieszka Sznyk.
Zmiany planowane przez Komisję Europejską mają stworzyć producentom opakowań większe zachęty do ekoprojektowania z uwzględnieniem możliwości recyklingu. Z kolei sprzedawcy e-commerce będą zmuszeni do poszukiwania nowych rozwiązań, które pozwolą im utrzymać wysoką sprzedaż przy jednoczesnym spełnieniu unijnych wymogów.
– Innowacje będą tu miały bardzo duże znaczenie – mówi Agnieszka Sznyk. – Przede wszystkim opakowania wprowadzane na rynek będą musiały być recyklingowane w możliwie najbardziej ekonomiczny sposób. Wiele z nich będzie wykonanych z materiałów biodegradowalnych, biokompostowalnych, produkowanych z biomasy. I tu wiele firm będzie mieć duże pole do popisu.
– Sprzedawcy e-commerce będą zmuszeni do poszukiwania nowych rozwiązań, które pozwolą im na skuteczną sprzedaż przy tych nowych ograniczeniach w zakresie opakowań. Ale jestem optymistą, wiem że przedsiębiorcy dadzą radę, o ile oczywiście terminy, jakie otrzymają, będą realne, bo obecne plany są bardzo ambitne. Diabeł tkwi w szczegółach i kluczowe jest to, aby te regulacje były wprowadzone w konsultacji z rynkiem – dodaje Damian Kuraś.











